Archiwum dla Listopad, 2013

Wegetacja.

Mam wszystkiego dość.

Ot i tyle.

Sobotni wieczór i cała niedziela to zdecydowanie za mało na zresetowanie się.

(owszem, w poniedziałek nie byłam w pracy, ale cały dzień zaganiany, więc nie można mówić o przedłużonym weekendzie).

Zazdrościcie leniwego weekendu? Muszę tak. Przez pięć dni w tygodniu wychodzę z domu o 6, wracam 21-22, pracuję po kilkanaście godzin dziennie. W sobotę w robocie nieco krócej. Przyznaję się bez bicia: dom wygląda jak wygląda. Sprząta mąż, gotuje w tygodniu też on dla siebie, razem coś w niedzielę pichcimy. Okna mam po lecie nie umyte – we wrześniu jakoś w weekendy pogoda była do bani, październik był ładny, ale cóż z tego kiedy zaczął mi się maraton w pracy i nie było kiedy się oknami zająć, ot co. Do wiosny poczekają ;-)

W fabryce niewesoło, wiedziałam że tak będzie – najpierw niby zrozumienie, że teraz nie mogę tak często bywać, zapewniałam przecież że wszystko w lutym nadrobię, że teraz będę najbardziej bieżące rzeczy robić… Niby zrozumienie. A po kilku dniach telefony, dlaczego to a to jest nie zrobione… Staram się nie przejmować, moja przełożona jest jaka jest, ale… trudno się nie przejmować, pracuję tam trzy i pół roku, są rzeczy których nikt oprócz mnie nie zrobi i taka wdzięczność, ech…

W szkole – szkoda gadać. Wojna z koleżankami z innego działu, dałam sobie wejść na głowę, wszyscy mnie bardzo lubili bo nigdy niczego nie odmawiałam… a dość tego, niech mnie nie lubią, muszę robić swoje i egzekwować co trzeba, bo potem ja za to odpowiadam, ech…

Wyjazd męża coraz bliżej. Nawet nie chcę o tym myśleć.

I żebym ja chociaż cokolwiek miała z tego wszystkiego. Satysfakcję (uech! uech!). Pieniądze (że co? zakup śniegowców odkładam o kolejny tydzień, a na wsi takie buty są mi niezbędne). Nadzieję. O-to-to. Zwłaszcza nadziei mi już brak.

Uroczyście oświadczam…

…że przestaję narzekać na brak pieniędzy.

Okazuje się bowiem, że moje ślubne dożywocie ma kasiury aż nadto. A skoro mamy wspólność majątkową, to ja też mam aż nadto. Znaczy się.
Skąd ta nagła zmiana o sto osiemdziesiąt stopni?
Ano wracam wczoraj do domu i od progu wita mnie bałagan nie z tej ziemi, kota tarza się w papierach i foliach, a na środku salonu mąż składa stół do piłkarzyków. Patrzy na mnie z miną kota ze Shreka i mówi: „No bo ja od dzieciństwa chciałem mieć piłkarzyki”.
No to sobie przed czterdziestką zafundował, rychło w czas :-)
Fakt faktem gdy powiedział ile zapłacił, uśmiechnęłam się od ucha do ucha, bo cena półśmieszna, rozmiar stołu słuszny, a i jakość całkiem-całkiem.
Pomogłam zatem w skręcaniu, rozegraliśmy dwa szybkie mecze, oba przegrałam (bo ja tak generalnie to jestem kiepska w piłkarzyki, zwłaszcza w grze jeden na jeden – jedyną osobą z którą w parze gra mi się super-ekstra-bomba jest Ktoś z Dawnych Czasów, wszyscy z nami przegrywają sromotnie), a na koniec musieliśmy połowę rozkręcić, żeby przenieść do innego pokoju ;-)
Ot, para dużych dzieciaków. Ale ja to lubię. Serio-serio :-)

Kilka dni temu mąż spotkał się z Państwem M. i ustalone zostało, że na Sylwestra robimy domówkę u nas. Bo ponieważ, cytując Moją Cholerę, „jeśli impreza będzie u nich, to rządzić będzie Pani M, a jeśli będzie u nas, to rządził będę ja” :-D

No dobra, koniec przerwy w pracy, czas wracać do analizy kont. Brrr.

Weekend już za trzy godziny! Dziś dobry obiad (ciekawe co mąż szykuje?), skoki narciarskie w tiwi, zakupy, wieczór z remikiem i piłkarzykami, sauna i książka.
Jutro wylegiwanie się w łóżku do południa z książką, gofry, sushi i teatr.

Nie jest źle!