Archiwum dla Grudzień, 2013

I po świętach.

Najpierw Wigilia, której obawiałam się wielce.

Bo po raz pierwszy tylko we dwoje. Bez babci, która przewodziła ceremonii. Bez mamy, która co rok wszystko przyrządzała. Z pomocą męża tylko w końcowych przygotowaniach, jako że wrócił w poniedziałek w nocy dopiero.

Dwunastu potraw rzecz jasna nie było. Skromnie.

I bardzo spokojnie. I z uśmiechem. Bez „spinania się”, stania gazyliona czasów nad garami itede, itepe. Z życzeniami takimi, jakie chcieliśmy najbardziej, I z prezentami, które w moim przypadku niespodzianką nie były (rzecz jasna mąż fundnął mi dwie książki).

I rodzinnie.

A jeśli mi ktoś zamierza powiedzieć, że bezdzietne małżeństwo nie stanowi rodziny, to kulturalnie won ze sceny, że tak kabaret OT.TO zacytuję :-)

Pierwszy i drugi dzień świąt spędziliśmy u przyjaciół; dużo rozmów, wina i gier w piłkarzyki :-)

W domowym zaciszu natomiast czytam niemal non stop, z przerwami na sen i jedzenie. Może uda się jednak przeczytać sto pięćdziesiąt książek w tym roku :-)

I sylwestra planujemy u nas. Mam szatański plan co do tej imprezy :-)

Jutro spotykam się z Karolą, się stęskniłam za nią. No i wieści o Kimś z Dawnych Czasów przeciekawa jestem, ot co :-)

O pracy nie myślę. Zwłaszcza że jutro do niej się wybieram (łeee).

O szaleństwie konsumpcyjnym nie myślę takoż. Po audycie będzie czas i pora na wzięcie się za siebie.

Myślę o kolejnej książce. O naszej rocznicy już niedługo. O urodzinowym wypadzie takoż.

O nowym telewizorze i kinie domowym nie myślę, skoro zdecydowałam się je kupić w ramach wspólnego prezentu gwiazdkowo-rocznicowo-urodzinowo-imieninowego :-D no bo nasz stary kukuruźnik rozgrzewa się kilkanaście minut, a wiadomo że u mnie z czasem jest wszystko na styk i wkurzałam się wielce wracając z pracy tuż na jakieś sportowe wydarzenie (bo jak wiadomo ja w TV tylko sport oglądam)… Aaa tam, czasem i mój zdrowy rozum bierze sobie wychodne; wziął sobie zatem i sprzęcior jest. Kto zabroni biednemu bogato żyć…

O nas również staram się nie myśleć, jako że od lat nic mi z tego myślenia nie miałam oprócz zgryzoty wielkiej.

A na trójkowy Top Wszechczasów głosowalam w tym roku tak:

ABBA – THE DAY BEFORE YOU CAME
a-ha – THE SUN ALWAYS SHINES ON TV
Alice Cooper – POISON
Beatles, The – STRAWBERRY FIELDS FOREVER
Boomtown Rats, The – I DON’T LIKE MONDAYS
Bryan Adams – SUMMER OF ’69
Clash, The – ROCK THE CASBAH
Cure, The – LULLABY
Depeche Mode – ENJOY THE SILENCE
Derek And The Dominos – LAYLA
Dire Straits – YOUR LATEST TRICK
Europe – THE FINAL COUNTDOWN
Gary Moore – OVER THE HILLS AND FAR AWAY
Genesis – HOME BY THE SEA
Jean Michel Jarre – OXYGENE 4
Joy Division – LOVE WILL TEAR US APART
Julee Cruise – FALLING (Twin Peaks Theme)
Kate Bush – RUNNING UP THAT HILL
Metallica – THE UNFORGIVEN
Mike Oldfield & Maggie Reilly – MOONLIGHT SHADOW
Monty Python – ALWAYS LOOK ON THE BRIGHT SIDE OF LIFE
Omega – GYÖNGYHAJÚ LÁNY (DZIEWCZYNA O PERŁOWYCH WŁOSACH)
Opus – LIVE IS LIFE
Pink Floyd – WISH YOU WERE HERE
Queen – THE SHOW MUST GO ON
Scorpions – WIND OF CHANGE
Scott McKenzie – SAN FRANCISCO (BE SURE TO WEAR SOME FLOWERS IN YOUR HAIR)
Simon And Garfunkel – BRIDGE OVER TROUBLED WATER
Sisters Of Mercy, The – DOMINION
Steve Hackett – IN MEMORIAM
Stranglers, The – MIDNIGHT SUMMER DREAM
Tori Amos – CRUCIFY
U2 – BEAUTIFUL DAY

 

Zimne są ognie i biała jest noc…

Wczorajsze esemesowanie. Mąż (M) i ja (J).

M: – Camillę Lackberg znasz?

J: – No przecież żaliłam Ci się, że nie powala na kolana.

M: – A Hjorth i Rosenfeld?

J: – Przecież Krzysiek kupił mi pierwszy tom, a Ty kolejne.

(i tak jeszcze przez jakiś czas wymieniamy autorów)

M: – Poddaję się, Ty już wszystko czytałaś.

J: – 50 twarzy Greya nie czytałam, ale wara Ci od tego shitu.

M: – Ano pamiętam, mówiłaś o tym bestsellerze.

J: – Mógłbyś raz w życiu zrobić mi niespodziankę.

M: – Jakbyś mnie nie znała :-)

J:  - Kup mi seksowną bieliznę.

M: – Hahahaha.

(koniec dyskusji)

Ergo: znów dostanę książki, od rodziców pewnie też. Czuję się jak Adrian Mole. W sumie to moje alter ego, więc… :-)

A „niespodzianki” Mojej Cholery są już legendarne. Wygląda to mniej więcej tak: „Mam dla Ciebie prezent”. Ja pytam na jaką literę, a on od razu mówi w czym rzecz :D Jedyna niespodzianka udała się na rocznicowy wyjazd parę lat temu, relacja tutaj: .

Wygadał się i z zaręczynami (zarówno nieoficjalnymi, jak i oficjalnymi), i z planowaniem ślubu, i z wieloma innymi rzeczami… Taki jego urok :-)

A uroki dziś odczyniam, jako że wlaśnie do mnie wraca z Gdańska. Jak wiadomo ma „szczęście” do wypadków drogowych – nie jako uczestnik Bogu dziękować, tylko jako pierwsza osoba na miejscu wypadku, udzielająca pomocy… Byle dziś nie.

Sprzątanie wczoraj uczynione. Oj, ciężko było.

Dziś generalne zakupy świąteczne. Cztery stówy pękły. Liczbo grzmij! Ale w lodówce pustki miałam (po co dla siebie samej coś kupować), środki chemiczne i kosmetyczne też wszystkie na wykończeniu… Zmachałam się wielce, ledwie się wszystko do tatowej skodzianki zmieściło :-)

No a jutro szykujemy wigilię. Pierwszy raz robię wszystko sama. I pierwszy raz będziemy tylko we dwoje. Plus koty czarne dwie.

Czego życzę na Święta?

Aby było tak, jak za naszych najlepszych dziecięcych lat…

Crossfitowe smuteczki nad źródłami Utraty rzeczki.

Ech, człowiek ostatkiem sił się udaje wieczorem na jakieś hopki, żeby nie zidiocieć kompletnie, a i tam go dołują.
Na crossficie się ostatnio czuję bardzo źle.
z racji natłoku roboty bywam ostatnio rzadziej, co najwyżej raz w tygodniu. W bieżącym tygodniu postanowiłam sobie twardo, że „zaliczę” zajęcia i poniedziałkowe, i środowe, bo zwyczajnie mi już brakowało. I co? I doopa blada, w obu dniach musiałam walczyć ze sobą wielce, żeby nie cisnąć przyrządem tym lub owym o podłogę (taaa, zwłaszcza ciśnięcie 45-kilogramową sztangą wyglądałoby ciekawie), trzasnąć drzwiami na wyjście i więcej nie wrócić.
Coraz bardziej odstaję od grupy. In minus, rzecz jasna.
I działa to na mnie wielce deprymująco.
Przypominają się szkolne lata. Już kiedyś o tym pisałam. Przez dwanaście lat szkolnej edukacji wychowania fizycznego nie wykonałam ANI JEDNEGO ćwiczenia na ocenę pozytywną. Czasem niewiele brakowało  (np. w biegu na 600 metrów) i z litości mi tę trójczynę/dwójczynę po zmianie skali ocen stawiano. Na koniec semestru miałam i tak zawsze tróję za niemal stuprocentową frekwencję (mimo tych upokorzeń ani mi przez myśl nie przeszło załatwienie sobie zwolnienia z wf). Do dziś jestem klasyczną łamagą zresztą. I pomyśleć, że mój Ktoś z Dawnych Czasów jest nauczycielem wf, a Mojej Cholerze też się kiedyś marzył taki fach, hehe ;-)
Na crossficie zawsze byłam słabizną, ale teraz to już normalnie najniższa klasa okręgowa w porównaniu do ekstraligi.
Źle mi z tym bardzo, oj źle!
Wciąż nadrabiam ambicją, śmieję się na zewnątrz sama z siebie, ale w środku wszystko mi wyje.
Nie chcę znów być najgorsza!
Ale dziś zumba, która dla odmiany idzie mi nieźle.
Jutro natomiast chciałam spektakularnie powrócić na rowery po chyba dwóch miesiącach nieobecności, jak nie więcej :D ale cóż, mecz piłkarek ręcznych ważniejszy :-)

Paczka wysłana. Opakowana wielce nieprofesjonalnie, ale na poczcie przyjęli ;-)
Dziś też podebrałam moim kotom-huncwotom trochę karmy i przyniosłam biedniejszym zwierzakom.
Generalnie wydałam przed świętami kupę forsy na prezenty i bardzo dobrze mi z tym. A dwie stówy na wakacje i tak dziś wpłacam do banku. Plus 500 zł ze świnki skarbonki :-) Gorzej będzie jak Moja Cholera przywiezie mniej kasy niż się spodziewam…

Zmęczona jestem bardzo. Wieczorem zasypiam w pół zdania książki i w pół łyka wina.
Niestety o długim urlopie okołoświątecznym mogę jedynie pomarzyć. Mamy odgórnie wolny 24 i 31 grudnia, a poza tym urlop (a raczej odbiór nadgodzin) mam tylko 27 grudnia. Za to weekend urodzinowy sobie przedłużę o 7 stycznia – przynajmniej z mężem się pożegnam przed jego powrotem do Gdańska, bo przecież teraz jak wyjeżdżał to nawet go nie obudziłam przed moim wyjściem do pracy…

Takie życie.
O ile życiem nazwać to można.
W święta będzie chwila na nabranie oddechu, musimy się oboje zastanowić, jak tu uczynić tę naszą egzystencję nieco bardziej znośną.
Jakby nie patrzeć, praca w podwójnym wymiarze godzin ani u męża, ani u mnie nie przekłada się na podwójną ilość pieniędzy.
Ambicji wielkich nie mamy przecież. Ani planów dalekosiężnych.
Chciałabym po prostu „coś” mieć z tego życia tu i teraz. Poza harówką.