Archiwum dla Styczeń, 2014

zakazane słowo dumnie krąży mi nad głową

Zakazanym słowem jest NUDA.
Albowiem tak właściwie to ja się nigdy nie nudzę.
W sumie teraz też nie.
Nie nuda zatem, ale stagnacja. Constans. O, tak lepiej.
Zmieniam samochody li i jedynie. Teraz mamy tydzień skody :-)

Cóż z tego, że męża miałam ponad tydzień w domu, skoro się prawie nie widzieliśmy. Nawet wieczory nie były dla nas – padałam bez sił, tak po prostu.
I co? I pojechał znów. I znów nie wiadomo, kiedy wpadnie na dni parę. Robota na nieco ponad miesiąc. A potem na 95% powrót na dłużej. No bo w lecie to sama dość chętnie bym go do Gdańska wysłała i przyjeżdżała na każdy weekend nad morze, haaa! Dobra, wolne żarty.

Skoro sama jestem, to postaram się nadrobić w fabryce trochę, żeby na wiosnę nie siedzieć wieczorami i weekendami. O ile siły pozwolą, bo czuję się nie bardzo. Gorzej niż w grudniu.

Na wiosnę to chcę w góry tradycyjnie jechać, a nie w fabryce kiblować :-)

Śniegu mam już dość, nie chciało mi się dziś rano z łopatą popylać, to po dwudzieste drugiej będę musiała. No cóż, chciało się chałupy.

Jakoś trudno mi się wziąć za siebie.

matematycznie książkowo rowerowo

Z matematyką to wieki cale nie miałam do czynienia.

Jej naukę zakończyłam w drugiej klasie liceum. A może w trzeciej?… ech, nie pamiętam, świadectwa szkolne zostały u rodziców, zabrałam tylko maturalne. W każdym razie dawno że hen. No i co to za matma była… O całkach i innych różniczkach się dowiedziałam dopiero na pierwszym roku studiów, gdy mieszkałam na stancji ze studentką ekonomii. Później jeszcze mąż się do matury przygotowywał, jakieś korepetycje znajomym dawał, no a na studiach to już non stop w matmie siedział. A ja cóż?… trafiłam do pracy w cyferkach, ale matematyki nie potrzebowałam właściwie (jedno dobre, że w miarę sprawnie liczę w pamięci – to po tacie)… aż do dziś nie potrzebowałam.

Bo dziś spędziłam dobrą godzinę nad wskaźnikiem płynności finansowej, czy jakoś tak to zwą.

Rany koguta, ja jestem humanistką, dobitnie się przekonałam.

Za to na koniec dnia poprawił mi się humor, bo odnalazły się dokumenty, które koleżanki z innego działu zagubiły trzy miesiące temu i przez te trzy miesiące usiłowały mi wmówić, że to ja je posiałam gdzieś,. Ale ja się nie dałam! Oczywiście że u nich się znalazły. Język mam pogryziony do krwi, ale udało mi się przy nich nie skomentować. I tak by mojej ironii nie zrozumiały ;-)

W ramach świętowania wyszłam z roboty już o wpół do czwartej i zdążyłam do biblioteki przed zamknięciem. Starannie wybierałam książki, zwracając tym razem szczególną uwagę na datę wydania. Im bardziej odległa, tym lepsza.

Bo ponieważ ostatnio przeczytałam kilka książek w miarę świeżo wydanych i zjeżyły mi się włosy na wszystkich częściach ciała. W sumie nie tylko ostatnio.

Fakt, kwiatka nieraz już przeze mnie przytaczanego, z książki której akcja rozgrywa się w czasach elżbietańskich – Maria Stuart każe służącej przynieść długopis – to pewnie długo nic nie przebije :D Ale niechlujstwo szerzy się na potęgę. Przecinki Panu Bogu w okno, dosłowne tłumaczenia angielskich wyrażeń, błędy ortograficzne tak ohydne, że nawet mój mąż dyslektyk takich nie robi… A przecież każda książka ma „listę płac” gdzie wymieniony jest z imienia i nazwiska redaktor, korektor… I  żeby to jakieś świeże wydawnictwa, ale i w tych szacownych. Wstyd! Nie jestem językową purytanką, sama świadomie używam lekko niepoprawnego języka w sytuacjach codziennych, jak również i na blogowych łamach, uwielbiam bawić się słowami – i przyznaję, że przez te kilka miesięcy bardzo intensywnej pracy zapuściłam się trochę, nie ma siły na poprawność… Ale cóż, ma się to zboczenie i aż wszystko boli, gdy chcąc dostarczyć sobie porcji kultury, dostarczam raczej powodów do zgrzytania zębami. A zęby i tak mam krzywe przecież ;-)

Wczoraj dwie godziny spinningu i od razu lepiej się poczułam. Nie wiem co ja „mam” akurat do rowerów – stacjonarnych, mobilnych, wodnych – że tak je uwielbiam, no ale „mam”. Jutro też mam chrapkę na dwie godziny tomahawka, ale dłuższy wieczór z mężem kusi chyba bardziej :-) W sobotę do pracy, więc nocy zarwać nie można… Jednak chyba pójdę na godzinkę na siłownię, rowery w przyszłym tygodniu, jak już będę sama.

Mamy nadzieję, że luty będzie ostatnim miesiącem „w delegacji”. Oby :-)

Nie ma mnie :-)

Chcę jak najwięcej czasu z mężem spędzić, wicie, rozumicie :-)

Bo co z tego że w piątek w nocy przyjechał, skoro ja w sobotę rano musiałam do prac podreptać i wróciłam po 10 godzinach zmachana jak koń po westernie.

Niedziela minęła stanowczo za szybko, a w poniedziałek 12 godzin w pracy, crossfit i w domu dopiero po 22. Ale teraz będę się starała być wcześniej w domu.

Zima. Gdzieś mam taką zimę z dużym mrozem i deszczem. Wczoraj wracałam z crossfitu 15 minut. Cztery kilometry, zaznaczam. No ale wiadomo jak to drogi na wsi…

Planuję dziś bibliotekę, ale nie wiem czy się wyrobię. Najwyżej na piątek przełożę.

Wesoło nie jest. Finansowo bardzo ciężko.

Ale chociaż nocne pobudki nie tak straszne są. Ot choćby dzisiejsza, ze wspomnieniem babci w pierwszą rocznicę śmierci.

Nie jestem sama.