Archiwum dla Marzec, 2014

Hi(p)sterycznie z lekka.

Bo mąż dostał właśnie sanatorium, po niemal dokładnie dwóch latach od złożenia wniosku :-) Wyjazd już 18. maja, trzy tygodnie, Wybrzeże.

No cóż :-) Akurat będzie w tym czasie pracował u lekarza, który wystawił mu skierowanie, więc problemu z przerwaniem roboty nie będzie. Dobre chociaż to. No i w sumie ten nieszczęsny kręgosłup coraz mocniej dokucza, więc niech się chłop podleczy trochę.

A że pod koniec maja mieliśmy w góry jechać, no cóż… Mam nadzieję, że nie przehula oszczędności życia w tym sanatorium, to się później pojedzie.

Ech, i pomyśleć że w weekend omawiali z kolegą projekt męskiej wyprawy w Bieszczady w lipcu. Nie za dobrze by mu było, tyle wyjazdów bez żony? :-)

Za to ja postanowiłam wyruszyć pod koniec czerwca na festiwal rocka progresywnego. A co mi tam! Trzeba tylko z wielbicielem zagadać.

Inna sprawa, czy ja do tego czasu dożyję.

Bo kwiecień aż do świąt zapowiada się masakrycznie.

Projekt unijny na uczelni przesunął się tak, że zaczynam od najbliższego poniedziałku i muszę się przed świętami wyrobić z ogromniastą działką, na którą miałam mieć początkowo dwa miesiące, a nie trzy tygodnie!

Poza tym NARESZCIE!!! podjęłam decyzję o rzuceniu fabryki w PISdoo – ale jako że marzec jest tu ostatnim miesiącem roku obrachunkowego, muszę ten rok zakończyć. Do świąt oczywiście. Wrrrr!

Trzy tygodnie totalnie wyjęte z życiorysu. Dobrze jeśli chociaż pięć książek się uda w tym czasie przeczytać :-) Że o innych przyjemnościach nie wspomnę.

Łojezusicku, co ja później zrobię bez tych dodatkowych pieniędzy???

A w doopie z nimi, spokój będzie chociaż.

Wróciłam w poniedziałek na crossfit – oj, ciężko było. Zarzuciłam sobie sztangę na plecy (wcale ciężka nie była, 25 kg) i co? mroczki przed oczami, oba mroczki z cichopkową w gratisie… Dziś będzie lepiej, mam nadzieję.

Żeby tak chociaż trochę hipstersko było – oto moje głosy na trójkowy Polski Top Wszechczasów. Trudny wybór był – prawie 900 propozycji, a głosów do dyspozycji jedynie 33! Zasada pierwsza: po jednym utworze jednego wykonawcy (tu byłam konsekwentna). Zasada druga: piosenki nieoczywiste (tu nie byłam konsekwentna):

Aya RL – KSIĘŻYCOWY KROK (przez całe liceum katowałam czerwoną płytę)
Budka Suflera – JEST TAKI SAMOTNY DOM (śpiewałam na głosy z koleżanką)
Collage – LIVING IN THE MOONLIGHT (do zobaczenia w Gniewkowie!)
Czerwone Gitary – BIAŁY KRZYŻ (ukłon dla śp. babci)
Czesław Niemen – BEMA PAMIĘCI ŻAŁOBNY RAPSOD (nie tylko za teledysk)
Dżem – SEN O VICTORII (bo mam ją tylko w snach)
Edmund Fetting – NIM WSTANIE DZIEŃ (z filmu „Prawo i pięść”) (mimo że dzieci mi się nie urodzą)
Edyta Geppert – JAKA RÓŻA TAKI CIERŃ (autobiograficznie)
Elżbieta Adamiak – JESIENNA ZADUMA (bo mnie też znają tylko z jednej)
Ewa Demarczyk – GRAND VALSE BRILLANTE (ukłon dla mamy)
Fatum – MANIA SZYBKOŚCI (z miłości do jednośladów, chociaż bez silnika)
Grzegorz Turnau & G. Dalaras – LOULOUDI (KWIAT) (bo piękne po prostu)
Halina Frąckowiak – DANCING QUEEN (po trzydziestce człowiek wie…)
Hey – MIMO WSZYSTKO (nic dodać nic ująć)
Irena Santor – POWRÓCISZ TU (ukłon dla taty)
Kapitan Nemo – TWOJA LORELEI (bo chciałabym wyglądać jak dziewczyna z teledysku)
Klaus Mitffoch – KLUS MITROH (klasyka i już)
Korba – BIAŁY ROWER (z miłości do jednośladów oczywiście)
Krystyna Prońko – MAŁE TĘSKNOTY (któż ich nie ma?)
Kult – CZARNE SŁOŃCA (piosenka nieoczywista)
Lady Pank – SZTUKA LATANIA (autobiograficznie)
Lombard – TANIEC PINGWINA NA SZKLE (jak wyżej)
Maanam – TO TYLKO TANGO (najbardziej z dzieciństwa kojarzony)
Marek Grechuta – KOROWÓD (ukłon dla mamy)
Nasz Wspólny Świat – STANIE SIĘ CUD (to też wspomnienie z dzieciństwa)
Papa Dance – OCEAN WSPOMNIEŃ (moi pierwsi idole i zawsze będę mieć do nich sentyment!)
Perfect – WYSPA, DRZEWO, ZAMEK (autobiograficznie)
Róże Europy – LIST DO GERTRUDY BURGUND (jeden z lepszych tekstów ever)
Siekiera – NOWA ALEKSANDRIA (o moim mieście rodzinnym)
Skaldowie i Łucja Prus – W ŻÓŁTYCH PŁOMIENIACH LIŚCI (ukłon dla taty)
Stan Borys – JASKÓŁKA UWIĘZIONA (perła)
Stanisław Wenglorz – EMANUELI CZĘŚĆ TRZECIA I OSTATNIA (moja mała tajemnica)
Ziyo – WYSPY (zabierzesz mnie tam?)

hip(ster), hip(ster), hurrraaa!

Tydzień minął jak z bicza szczelił.
Znów na nic czasu nie było. Nawet książki ledwo dwie przeczytałam (za to pokaźne – razem coś około 1300 stron).
I czułam się jakoś tak nie bardzo. Padałam wieczorem jak mucha (nie Anna). Tak jakby jeszcze osłabienie po choróbsku.

Na crossfit jeszcze nie wróciłam, może dziś? Ale w piątek powrót na rowery udany, dwie godziny tomahawka bez problemu. I bieganie w sobotę rano zainaugurowałam. Tylko do granicy lasu i z powrotem (4 km), ale wystarczająco w kość dało. Kryzys miałam już po pierwszym kilometrze, przy domu Państwa M. :P Ale dałam radę.

W sobotę imprezka imieninowa męża, graliśmy w piłkarzyki do wpół do czwartej rano :-) Oczywiście później cała niedziela do kitu, zasypiałam na Sherlocku (zresztą coraz mniej mi się podoba – odwykłam zupełnie od seriali).
No bo tak nawiązując w końcu do tytułu notki, żadnego z popularnych seriali nie znam. Sherlock miał świetną recenzję w „Polityce”, więc postanowiłam oglądać, ale zachwycona nie jestem.

Nawiązując dalej – kupiłam sobie nowy telefon w minionym tygodniu. Przyznaję, przez moment myślałam o smartfonie. Ale wzięłam jakiś model do łapki… e tam. Pozostałam przy Samsungu z klapką zatem. I cudnie-świetnie :-)

Bo ja niemodna jestem że hej, jakby ktoś jeszcze nie wiedział.
Od czubka głowy począwszy (bo kto oprócz mnie nosi dziś półdługie kręcone włosy rozjaśniane w pasemka, hę?) do końca pięty (czółenka/trzewiki na grubszym obcasie). Poprzez dżinsy i sweterki żywcem z poprzedniej epoki.
Abstrahując od wyglądu, to wiecie-rozumiecie: smartfona jak wyżej pisano brak, tableta brak, czytnika ebuków brak, a do niedawna brak było również płaskiego telewizora (niestety stare pudło odmówiło w końcu posłuszeństwa).
Na tym, co na czasie, nie znam się nic a nic. Niezależnie czy mowa o ciuchach, polityce, pomysłach na kolację czy innych takich tam, no.
A już nowe filmowe „Kamienie na szaniec” zbulwersowały mnie całkowicie. Po co toto, hę???
Modę wszelaką i lajfstajle mam gdzieś i cholernie dobrze mi z tym. Tak generalnie. I już.

Szkoda mi tylko blogowania z dawnych lat, tak trochę. Cóż, widocznie wszystko idzie do przodu oprócz mnie samej :-)

muzycznie było ślicznie :-)

Koncert w sobotę. Ajjj, cudnie.

Rany, jak ja dawno żem nigdzie nie była!

Bardzo fajna knajpka w apartamentowej części mojej ulubionej dzielnicy Warszawy- bardzo fajna, bo bez „ą i ę” :-) Spotkanie z dawno niewidzianą ekipą, no i repertuar doskonale znany (plus dwa nowe utwory), ale za każdym razem jest inaczej. Nawet mam uduchowioną dość minę na kilku zdjęciach. Haaa. Chociaż fakt faktem, ciekawsze rzeczy działy się już po koncercie i wyjściu fotografa :-)

W skrócie: przypomniałam sobie, jakież to przewspaniałe uczucie, gdy facet wpatruje się w ciebie przez cały wieczór.

Mlask. Mlask. Mlask.

Piwo smakowało mi bardzo, język się rozwiązał i nawet nie jąkałam się aż tak strasznie :D

Facet oczywiście na koniec wszystko zepsuł. Odprowadzał mnie na tramwaj (ledwo zdążyłam na ostatni pociąg, haaa! no nie wiem czy mąż by po mnie w-nocy-po-północy do stolicy się telepotał w razie spóźnienia), usilnie próbował zatrzymać twierdząc, żem bardzo apetyczna jest. Cóż można zrobić na takie dictum? Uśmiać się do łez i krzyknąć na do widzenia „no to znajdź mnie na fejsbuku”. Co niniejszym zrobiłam :-)

Tuż po Wielkanocy koncert kolejny, już nie tak kameralny. Będzie super.

A tak w ogóle to ja piłam, a głowa bolała mojego męża przez pół niedzieli. Haaa.

Przestała go boleć na zakupach – za to mnie zaczęła. Bo się uparłam kupić mu sportową marynarkę na imieniny. Dwie godziny po Maximusie łaziliśmy! W końcu wybrał. Całkiem przystojnie wygląda :-)

Dobra, czas wrócić do muzyki.

Pisałam kiedyś o tym, że mama przez dwadzieścia lat swatała mnie z synem swojej przyjaciółki. Bezskutecznie.

Otóż rzeczony syn wystąpił ostatnio w pewnym telewizyjnym talent szoł i zrobił świetne wrażenie, przechodząc do kolejnego etapu z aprobatą kompletu jurorów, publiczności podobało się takoż.

Oglądałam z mamą. Czekałam tylko aż powie coś w stylu ” i co, nie szkoda ci?” :-) I co? Nie powiedziała :-) W każdym razie będę go dopingować nadal i natenczas (Wojski chwycił na taśmie przypięty swój róg bawoli) przeproszę się z telepudłem, które to telepudło jak wiadomo od lat bojkotuję (nie licząc transmisji sportowych).

Morał z tego taki, że fajosko miec utalentowanych znajomych, ooo! Zwłaszcza gdy samemu się żadnego talentu nie posiada, chyba że do wkurzania bliźnich…