Archiwum dla Kwiecień, 2014

Usilnie próbuję nie dać się depresji, ale pokusa wypicia z nią brudzia jest iście rajska.

Poza tym wydałabym zakaz noszenia balerin do krótkich kiecek. Nawet najzgrabniejsze nogi wyglądają pokracznie! Uprzedzając protesty szpilkofobów: między szpilkami a balerinami jest jeszcze całkiem bogata oferta obuwia :-) Chociaż lekki obcasik, chociaż maleńka koturenka!

Oraz kibicuję napotkanym dziś w drodze powrotnej z pracy autostopowiczom (krajowa ósemka, czterdzieści km od Warszawy w kierunku południowo-zachodnim). Dwóch chłopaków z wielką polską flagą, zdjęciem papieża i tabliczką „ROME”. Ciekawe czy zdążą :-)

Jutro koncerty, cieszę się niezmiernie na spotkanie ze starą gwardią i na wrażenia muzyczne też :-)

A w sobotę mam zamiar myć okna, wszystkie trzynaście (czy coś koło tego). Motywowanie mnie mile widziane :-)

Źle? Kurna, tragicznie.

Takiej jazdy to ja w robocie nie miałam, jak żyję trzydzieści cztery lata oraz pracuję lat jedenaście.

Wdrożenie jednego z systemów w projekcie unijnym coraz bliżej, a ja tak trochę w lesie.

W drugim „moim” projekcie kontrola niebawem, a tenże projekt miał takiego pecha do kierowników, że każdy olewał sprawę, więc ja poniekąd też – sorry, nie jestem zatrudniona li i jedynie do rozliczania projektów unijnych, to tylko malusi wycinek moich obowiązków, no!

I zamknięcie miesiąca, przy okazji półrocza.

A w fabryce zamknięcie mojej pracy tam w ogóle. Już wiem, że do końca kwietnia się z przekazaniem rzeczy do sprawozdania nie wyrobię. W weekend majowy będę kiblować (mąż też w robocie będzie). Wczoraj miałam naprawdę ambitny plan posiedzieć tam do późna, ale było tak przeraźliwie zimno w budynku, że po trzech godzinach dałam sobie spokój i wróciłam do domu. Dobrze że chłop w kominku napalił, bo się trzęsłam z zimna. Sauna się wielce przydała, owszem tak :-)

Dawno nie byłam tak cholernie zmęczona. Tydzień dał mi do wiwatu że hej.

Biegałam dziś z rana, stała trasa 8,8 km. Napotkałam po drodze Państwa M., jechali ze święconką (do kościoła mają nieco ponad kilometr, pogoda przepiękna, ale przecież nie skalają się spacerem). Śmigam sobie zatem przez las, a tu drogę przebiega mi zając. Oki, biegnę dalej… po kilku minutach jestem zmuszona stanąć jak wryta, bo drogę przebiega mi młoda sarna. Oki, biegnę dalej, rozglądając się za jakimś drzewem (przecież ja nie umiem łazić po drzewach), no bo teraz kolej na defiladę dzika. Fakt, jak tu mieszkam 4,5 roku tak dzika nie widziałam, ale zawsze musi być ten pierwszy raz :-)

Oraz Ktoś z Dawnych Czasów obchodził urodziny, a mi się z lekka dla żartu oberwało od męża za złożenie Ktosiowi życzeń na fb, rzecz jasna z dedykacją muzyczną naszej ulubionej kapeli, znaczy ulubionej przez Ktosia i mnie ;-) No co, ja mu naprawdę dobrze życzę. Ostatnio to już całkiem długo jest z jedną dziewczyną :-)

Oraz nie mam w ogóle ochoty na święta, zwłaszcza w moim mieście rodzinnym. Całe szczęście chociaż, że rodzice się przeprowadzili na drugi koniec tegoż miasta.

A, no i wesołych świąt, jakby co. Wiem, że średnio co trzeci rok wrzucam na Wielkanoc ten obrazek, ale jakoś tak mi pasuje :-)

wielkanocne-zajace-215-OBRAZKY.PL

Źle.

Cześć, co tam?
Bo u mnie marazm jakiś nadal i dekadencja wciąż. Ile może trwać przesilenie wiosenne, do lata czyżby?

Roboty mam od groma i ciut-ciut, a sił i ochoty… ano właśnie.
Nawet na ćwiczenia nie mam siły, w poniedziałek na crossficie i wczoraj na funkcjonalnym ledwo się ruszałam. Dzisiejszy crossfit to w ogóle będzie masakra, chcę dziś zamknąć marzec w fabryce, chociaż to zależy czy szefuńcio Angoluńcio będzie chciał współpracować.
Kombinuję jak koń pod górę, żeby nie iść do fabryki w sobotę, ale pewnie się nie uda.

Zimno i pada. Pogoda barowa znaczy się. Oj, napiłabym się. Wyczaiłam fajnego drinka w Sphinxie w sobotę (sobie pozwoliliśmy na obiad tam po biegu): wódka+sok z cytryny+sok ananasowy+7up+plasterki ogórka i mąż się w niedzielę tym specyjałem delektował. Ja tam bym normalnie w knajpie przy piwku siadła, o :-)

Nie mam kiedy zmienić opon w skodzie. Może jutro.

Oraz mam na oku autecko bardzo zacne, ale może na mnie czekać tylko miesiąc, w porywach do dwóch miesięcy, a jak na razie mam uciułaną ledwie połowę jego ceny i w perspektywie miesiąc na li i jedynie mojej gołej pensujce :-( Więc pewnie się będę musiała obejść smakiem, chyba że kasa z nieba spadnie albo bardziej prozaicznie uda się od kogoś pożyczyć. Zresztą jego cena przekracza mój limit dość znacznie (chociaż i tak jest to okazja biorąc pod uwagę walory tego autecka) i generalnie w ogóle trzeba by się było pożegnać z wakacjami. Co mi się absolutnie nie uśmiecha, zwłaszcza że wiosenny wyjazd w góry uleciał hen z racji mężowskiego sanatorium i wojska :-(

A Panią M. zafiksowało na dziecko totalnie. Łazi i marudzi, że ona już ma dość pracy, chce dziecko i trzy lata urlopu wychowawczego :D Szczegół: żadnych bardziej szczegółowych badań nie robili (a wiadomo jak to jest teraz z zajściem w ciążę, poza tym oboje nie są już najmłodsi). Zresztą lekarkę ma bezbłędną – jak tylko jej Pani M. powiedziała o staraniach, to już rzeczona pani dochtór zapowiedziała że wystawi zwolnienie od początku ciąży, bo w tym stanie absolutnie nie powinno się pracować w przedszkolu. Kurtyna :-)

Samoocena nadal poniżej poziomu morza i akurat wygląd mój jest tylko jednym z mniej znaczących tego niskiego poziomu powodów.

Niech chociaż pogoda się poprawi.

walka