Archiwum dla Maj, 2014

„…życie choć piękne tak kruche jest…”

Sielanka sanatoryjna męża została przerwana. W środę był w rodzinnych stronach na pogrzebie kuzyna.
Nieszczęśliwy wypadek we własnym domu (!!!), uraz głowy, operacja, wysiłki lekarzy podtrzymujących przez 2,5 tygodnia resztki życia, które właściwie od początku było nie do uratowania.
Prosty facet (nie mylić z prostacki), oddany pracy i rodzinie. Czterdzieści lat, niepracująca żona, dwoje dorastających dzieci.
Widzę – znaczy słyszę – jak mąż bardzo to przeżywa. Chyba sobie uświadomił nareszcie coś co dla mnie od jakiegoś czasu jest naturalne, znaczy że nie ma na co czekać. W sensie – że kiedyś będzie lepiej.
Bo może wcale to „kiedyś” nie nadejść.
Nie wyglądam na swoje lata ani się nie czuję, ale nie ma co ukrywać, że pierwsza młodość minęła. Jak minęła? Szybko :D no nie licząc tego morderczo długiego roku starania o kredyt. Co z niej zapamiętam przede wszystkim? Harówę, harówe i jeszcze raz zapiernicz taki, że nie ma czasu załadować.
Mam chyba więcej szczęścia niż rozumu, że zdrowiem tego nie przypłaciłam. Chociaż od miesiąca czuję się fatalnie – odreagowanie po pieprzonej fabryce, mam nadzieję że to jest to, daję sobie jeszcze miesiąc, jak się nic nie zmieni to muszę zrobić podstawowe badania, zawsze wychodziły idealnie, pewnie i teraz tak będzie. Lekarz? Odkąd mi jeden powiedział „pani za dobrze wygląda żeby pani była chora”, jakoś straciłam do nich zaufanie, deklaracja wiary niepotrzebna :-)
W każdym razie postanowiłam sobie już jakiś czas temu odrobinę wyluzować. Konkretniej – pozwalać sobie na to i owo. Oszczędzałam każdy grosz jak mogłam, a i tak nigdy tej kasy nie było. Dopiero w ubiegłym roku przymusiłam męża do odkładania cokolwiek na wakacje – i się udało, i po raz pierwszy od lat wyjechaliśmy gdzieś na dłużej. W tym roku, odpukać, powodzi nam się finansowo całkiem nieźle (no dobra, od tego miesiąca nie będzie mojego tysiąca z fabryki) i odłożone jest już i na wakacje, i na auto (zakup auta się zawiesił na czas bliżej nieokreślony). Ale i na co dzień nie zamierzam sobie wszystkiego odmawiać. I tak oto tata musiał mi się dziś dołożyć do weekendowych zakupów, bo zostałam ze stówą na koncie, a wypłata dopiero w poniedziałek :P Ale za to mam nowy sprzęcior treningowy – koszulkę, spodnie i buty do biegania. I kosmetyki jakieś tam. I nie wiem jak to zrobię czasowo, ale w czerwcu jeszcze, no ewentualnie na początku lipca (jak mnie w lipcu puszczą w robocie…) pojedziemy w góry na dni parę, i koniec, i kropka! A w lecie duuużo weekendów nad morzem. A we wrześniu ciepłe kraje, o tak :-)
Dwa dni z treningów mi wypadły w tym tygodniu – w środę byłam na spotkaniu autorskim Marka Niedźwieckiego prowadzonym przez Jarosława Kuźniara, z którym to Kuźniarem sobie ucięłam dłuższą pogawędkę na temat dzisiejszej młodzieży (haha, jak dwa zgredy gadaliśmy – ma zajęcia na uczelni na której pracuję, ze zgrozą opisuje studentów). Wczoraj natomiast spotkanie popracowe ze znajomymi z pracy, nie byłam długo bo nie pijąc to jakoś no… :D Sauna wieczorem i książka.
A dziś rano bieganie, później sprzątanie i zakupy, koszenie trawy (zmachałam się!). I pierwsza truskawka z własnego ogródka :-)
Trzeba żyć. Póki życia starcza.

 

Słowo się rzekło, w weekend się lenię.

Wczoraj rano odwiozłam tatę na pociąg do Warszawy, zahaczyłam o bibliotekę w Grodzisku i korzystając z pięknej pogody spędziłam kilka godzin na trawce z książkami i zapasem wody mineralnej.

O tak, tego mi było trzeba.

Opaliłam się co nieco – i bardzo dobrze, nie lubię siebie w bladej (czyli żółtej) wersji.

Wieczorem prawie 30 km na rowerze po różnych drogach i dróżkach zrobiłam, czułam się świetnie, gdyby nie finał Ligi Mistrzów i lampa, która mi się urwała w jakiejś dziurze (jako rzekło, drogi i dróżki różne, dziurzaste takoż) to bym pewnie do późnej nocy jeździła :-)

A w finale kibicowałam Atletico. No cóż… wynik bardzo niesprawiedliwy. Dziwnie się tak oglądało futbol w samotności i bez piwka :-) Ale mundial już niedługo i piwko wtedy będzie a jakże owszem tak! Generalnie dieta piwna (w sensie że skoro sporo piwa to trzeba będzie żyć sałatkami, żeby nie nadrobić od razu tego co uda mi się teraz stracić – a odpukać, po tygodniu już jakby cokolwiek widać). Najważniejsze że moja Holandia nie gra ani razu o północy :-)

Dziś rano bieganie, ale tylko 40 minut – nie miałam jakoś siły na dłużej, a weekend miał być relaksujący nie katorżniczy :-) Pogoda niestety się zebździła, więc się już nie doopalam, no cóż. Kolejna książka, zerkanie na Roland Garros, pod wieczór żużel w tivi (wiadomo że się Toruniowi kibicuje!). Eurowybory rzecz jasna (sumiennie w każdych wyborach uczestniczę!) – głosuję na mojego faworyta, nie na partię ;-)

I Minimax. I łóżko. Koniec weekendu.

Tęsknię? Tak sobie. I tak się mało przecież widywaliśmy na co dzień. Wieczorem najbardziej brakuje, oczywiście. I rano.

Zapisałam nas na Bieg Powstania Warszawskiego za dwa miesiące – męża na 5 km, siebie na dychę. No to się sprawdzimy :-) Co do niedzieli 8 czerwca z fitnessem jeszcze się waham.

Z cyklu „cudownych rodziców mam”

Biblioteka w moim rodzinnym miasteczku.

Bibliotekarka: – Polecam pani książkę „Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat ’60″

Moja mama (patrząc z politowaniem): – Proszę pani, ja nie muszę o tym czytać, ja to znam z autopsji.

Kurtyna :-)

Odreagowywując.

Cześć, co tam?
Bo ja się byczę popołudniami. I diablo dobrze mi z tym.
Wszystkim spieszącym z epitetem „leń”przypominam uprzejmie, że od trzech lat wolnych popołudni nie miałam. I większości sobót też.
Wychodzę z domu o szóstej, wracam około osiemnastej (wczoraj byłabym wcześniej, ale zatrzymał mnie koszmarny wypadek na ósemce, tuż przed zjazdem do mojego Żet). I się byczę, jako rzekło. Pogoda piękna, zatem z książką na trawkę, skubiąc z krzaczków jagody kamczackie (już się zaczynają). Wieczorem fitness, później jeszcze porcja ćwiczeń na brzuch, radio, ksiązka i łóżko.
Dobrze mi.
Dopiero teraz widzę, jaka ja jestem potwornie zmęczona. Mam wrażenie, że jeszcze miesiąc-dwa na dwóch etatach i trupem bym padła. Albo może właśnie jakoś się w ryzach trzymałam jak musiałam, a teraz gdy jest spokojniej wszystko „puszcza”.
Na uczelni huk roboty, stąd to siedzenie po dziewięć-dziesięć godzin. Ale zawsze to „tylko to”.
Nowa dodatkowa praca? Dajcie mi spokój. Trudno, jakoś przeżyjemy bez tego tysiączka. Najwyżej o chlebie i wódzie.
A propos chleba i wódy – sobie postanowiłam wytrzymać trzy tygodnie nieobecności Mojej Cholery bez słodyczy i alkoholu. To drugie będzie znacznie trudniejsze :-)
Mężowi sanatorium się podoba, jest w pokoju sam, bo całe towarzystwo przyjechało w parach i nie mają kogo mu dokwaterować :-) narzeka tylko że jedzenia mało, ale tym lepiej, może schudnie co nieco, od lat trzy pary lekkich spodni czekają w szafie na schudnięcie :-)
Plany na najbliższy weekend mi się zmieniły całkiem. Nie będzie ani treningu wojskowego, ani rowerów na dachu, ani wyjazdu żadnego, ani spotkania ze znajomymi. W zamian full frontal relax. Bieganie, rower i opalanie się.
Tego mi trzeba właśnie. Resetu że hej.
Gorzej że wyjazd w góry (który miał być w maju) się robi niepewny – bo w czerwcu jak Moja Cholera wróci, to musi się za robotę zabrać, bo trzeba przecież nadrobić te trzy tygodnie; a w lipcu nie dostanę już urlopu, bo pewien projekt unijny wkracza w decydującą fazę.
Nic to, najwyżej pozostaną króciutkie wyjazdy stricte weekendowe – no i byle do wrześniowych wakacji.
Na kontakty towarzyskie nie mam ochoty wcale, serio-serio. W przyszłą środę idę na spotkanie z Markiem Niedźwieckim do Hard Rock Cafe, tam się z ludziskami znajomymi spotkam… a poza tym tak jak mówiła, dobrze mi tak jak jest.
Oraz mam chrapkę na
http://www.womensfitnesscamp.pl/
w niedzielę 8 czerwca. Cóż, to byłby wyłom w niejedzeniu słodyczy (no cooo, jakiś batonik energetyczny mniam). No i jaka byłabym fit na powitanie męża :-)