Archiwum dla Czerwiec, 2014

A miało być tak pięknie.

Rezygnacja z fabryki to oczywiście legendarny już tysiączek mniej do dyspozycji miesięcznie. Ale poza tym same pozytywy miały być. Mniej stresu, więcej czasu dla siebie i bliskich, odświeżenie kontaktów towarzyskich… I tak dalej, i tak dalej.

Po dwóch miesiącach pozostaje mi tylko zacytować Sienkiewicza.

Henryka: – Zdechnę ja i pchły moje.

Kubę: – Wszystko chooj.

Bartłomieja: – Chooj, doopa i kamieni koopa.

Na siłę wręcz wybieram się jutro na festiwal. Na siłę, bo ostatnie na co mam ochotę to spotykanie się z bliźnimi i zarwanie dwóch nocy.

Ale zdaję sobie sprawę, że jestem na krawędzi załamania. Się. Więc do ludzi chcę. Wyjść.

Będzie co ma być.

smu

Myszowato.

Mysza – moje nowe autecko, od wczoraj już oficjalnie moje. Oczywiście parę dziesiątek osób postanowiło skorzystać z dnia wolnego po Bożym Ciele i zarejestrować swoje bryki, wskutek czego spędziłam pół dnia w urzędach.

Po pierwsze: skarbówka.

Babka wzięła deklarację do łapki, otworzyła Biblię (czyli grubaśną księgę z wycenami) i oczywiście pierdyknęła stawkę zaporową.

Ja (z miną kota ze Shreka): – Ale to auto jest całe poobijane, dlatego je o wiele taniej kupiłam! Ileż ja na blacharza wydam!

Babka z lekkim politowaniem obniżyła mi kwotę niemal do faktycznie zapłaconej przeze mnie ceny :D

Po drugie: wydział komunikacji.

Dzięki Ci zdrowy rozumie za pokaźne tomiszcze do czytania wzięte w ostatniej chwili.

Doczekałam się wreszcie. Weszłam do pokoju – w nim dwa stanowiska, mnie obsługiwała pani w średnim wieku, obok nieco młodszy pan obsługiwał wielce fajnego petenta. Petent wielce fajny, albowiem bardzo w typie mojego męża (chociaż na oko z dychę młodszy), czyli bardzo sympatyczny brzydal, który każdemu nieba by przychylił. Natomiast nazewniczo już w zupełnie innych typach, Mój mąż bowiem przy wszystkich swych zaletach nosi okropne imię staropolsko-pogańskie (teściowa się uparła…), które to imię z ledwością przed ołtarzem wypowiedziałam. Panu petentowi natomiast rodzice oddali co cesarskie, nazywając go Justynianem (taaak, zapuściłam żurawia w dowód osobisty, haaa!).

Pani wczytała się dokładnie w mój wniosek…

- Ooo, nie wiedziałam że ten model występuje w kombi.

Ja: – Tak, może pani sprawdzić, zaparkowałam akurat za oknem :-)

Oczywiście się rzucili do okna, a Justynianowi z lekka szyja się wydłużyła.

Pani pokazała tablice rejestracyjne.

- Pasują?

Ja: – Nooo, ewentualnie mogą być… A nie znalazloby się coś z moją datą urodzenia? W poprzednim samochodzie takie miałam.

Pani (wertując blachy): – No niestety osiemdziesiątki dla pani nie znajdę…

…(Justynian spojrzał na mnie oczami jak filiżanki, że tak się Hansem Christianem Andersenem podeprę)…

…ale to powinno się pani spodobać! – i wręcza mi blachy z dniem i miesiącem mojego urodzenia.

W to mi graj!

Podziękowałam wylewnie, uśmiechnęłam się do Justyniana i poszłam sobie :-)

A teraz krótki przegląd zad i walet Myszy mojej.

Jestem za:

- rocznik – prędzej spodziewałabym się hiszpańskiej inkwizycji niż zostania właścicielką ledwie pięcioletniego autecka! przypominam uprzejmie że mój poprzedni fordzik duperelek ujrzał światło dzienne w roku 1997…

- relacja rocznik/cena – nabyłam Myszę co najmniej jedną trzecią taniej niż cena rynkowa

- sylwetka – no, ładna po prostu!

- intuicyjność obsługi – poza jednym aspektem wszystkie przyciski jakoś tak ładnie poustawiane, prowadzi się całkiem nieźle, obawiałam się że więcej czasu zajmie mi „nauka jazdy”

- sterowanie radioodtwarzaczem przy kierownicy – absolutne numero uno!

- stan techniczny – mechanior przetrzepał Myszora w tę i we w tę, wszystko gra i buczy

- klimatyzacja – na razie pogoda do bani więc nie używam :D

Jestem przeciw:

- koszta tej imprezy – cena zakupu niby lekko tylko przewyższyła limit dychy, ale wiadomo cała reszta… trzeba było naruszyć fundusz wakacyjny :-(

- nadwozie typu kombi – no dobra, nie jest to jakiś wielce pokaźny tyłek a la J Lo, niemniej jednak dotychczas jeździłam małymi hatchbackami i z lekka mnie ten tył przeraża! w czujniki cofania chyba zainwestuję…

- obsługa wycieraczek – to jakiś idiota niezlomny wymyślił, czytam instrukcję i czaję, wchodzę do auta i kicha, mam Myszę dziewięć dni i wciąż na pałę wycieraczki włączam, na pałę tudzież na uda (się albo nie uda się)

- wspomaganie kierownicy – !!! przecież powinnam bić pokłony za to ustrojstwo; w fordziku wspomagania nie miałam ale jakoś nie przeszkadzało mi to, natomiast jeżdżąc ostatnio tatową skodą szlag mnie na parkingach trafiał, gdyż kierownica chodziła w niej tak ciężko, że nie dało się żadnego manewru wykonać; w Myszy natomiast kierownica chodzi jakby sama, każdy zakręt ścinam, zaliczam wszelkie krawężniki itp… kwestia przyzwyczajenia chyba…

- poobijanie! efektowny wgniotek na drzwiach pasażera, zderzak podrapany, tylna lampa też swoje przeszła.. ale inaczej tyle by nie kosztował, rzecz jasna

- przebieg – pokaźny, oj tak, ale jak już wspomniałam stan techniczny idealny

- welurowe dywaniki – porażka, na jesień koniecznie guma bo się zniszczą do reszty

- tapicerka – siedzenia uświnione z lekka, no…

Jestem za, a nawet przeciw:

- kolor – jak wiadomo stawiam na jasne auta, a Mysza jak sama nazwa wskazuje jest szara (metalik zresztą), ale ładny odcień szarości, więc niech będzie :-)

- instalacja gazowa – owszem, będę wydawać na paliwo ledwie nieco więcej niż połowę tego co teraz bulę, ale najpierw musiałam ten nieszczęsny gaz założyć, no… za pół roku się zwróci, powiedzmy :-)

- skromność tak zwanej „elektryki” – bo i szyby na korbkę, i klimatyzacja manualna – z drugiej strony ponoć takie pstryczki elektryczki w renówkach lubią się psuć, więc…

 

Pozasamochodowo? Źle bardzo.

Mundialejro? Holandia PANY (chociaż z Australią bardziej sprawiedliwy byłby remis), Hiszpania i Anglia odpadły (w to mi graj). Oglądam bardzo niewiele. Jak nie ja…

Długie notki będą. Kiedyś tam :-)

Mundial się zaczyna, zatem tradycyjnie proszę o wyrozumiałość, bo może być monotonnie :D

Jeśli jeszcze ktoś nie wie, komu kibicuję (wiernie od 1988 roku) – oto podpowiedź :-)

1338822076_by_Tymtyrymtym_500

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Już jutro moja drużyna gra z Hiszpanią i mam nadzieję na rewanż za finał z ostatnich MŚ, którego to finału jak wiadomo nie oglądałam, gdyż właśnie wtedy teściowa postanowiła umrzeć.

Będzie się działo!

Poza tym kupiłam dziś auto. Swoje własne. Nareszcie. Samo to jest materiałem na hiperdługą notkę :D

Oczywiście wydałam całą uciułaną na auto kasę plus znaczną część tej wakacyjnej, ergo: znów mąż będzie harował jak wół i sto tygrysów, żebyśmy pojechali…

Mniejsza o większość. Piwo smakuje mi bardzo :-) A w perspektywie Martini od klienta :-)