Archiwum dla Lipiec, 2014

Dobiegłam. W jednym kawałku :-)

XXIV BIEG POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Rok urodzenia/YoB: 1980
Narodowość/Nat.: PLL
Czas/Time: 01:08:39
Pozycja OPEN: 5333
Pozycja w K30: 584

Międzyczas Czas/Time
2 km 00:09:09
3 km 00:16:11
5 km 00:34:20
7 km 00:43:31
8 km 00:50:26
Meta/Finish 01:08:39

Biegłam jak po sznurku, znaczy się. Fakt, starałam się trzymać równe tempo, co było trudne w sumie tylko na Karowej (ostro w dół). Natomiast pod górkę całkiem nieźle mi szło. Niemniej jednak wydawało mi się, że pierwsze okrążenie przebiegłam znacznie wolniej niż drugie – a to po prostu współbiegacze źle rozłożyli siły i na początku wszyscy mnie wyprzedzali, później za to ja mijałam wykończonych :-) Na początku bolało mnie wszystko naraz – żylaki na prawej nodze, lewa łydka, duży palec u prawej nogi, lewe ramię i brzuch jakoś pośrodku – ale to pewnie nerwy, po kilku minutach przeszło. Szczerzyłam kły do każdego fotografa, zaczepiałam co przystojniejszych współbiegaczy (z różnym skutkiem), właziłam pod każdą wodną kurtynę (ergo: na fotkach prezentuję się jak zmokła kura), komentowałam co ciekawsze sytuacje na trasie, na Krakowskim Przedmieściu krzyczałam do bliźnich siedzących w knajpkach „napijcie się za mnie”, przybijałam piątki z kibicami (tracąc cenne sekundy, ale co tam!), i tak dalej, i tak dalej… Hitem biegu był jednak pan drugiej młodości spod Pałacu Prezydenckiego (czyżby przedstawiciel Solidarnych 2010???), który na pierwszym okrążeniu głośno chwalił moją urodę, a na drugim krzyknął „mógłbym tak biec z panią do końca świata”. Aż się potknęłam z wrażenia :D

A skoro planując 1:15 miałam 1:08 z kawałkiem, za rok chciałabym przełamać godzinę. I to tak znacząco, nie 59:59 :-) Co oznacza konieczność urwania z każdego kilometra po minucie… Może dam radę. Chociaż u mnie sezon biegowy nie trwa przecież cały rok. Ale zimą jest fitness i orbitrek :-)

Ale co tam ja. Moja Cholera, który z aktywności fizycznej (nie licząc pracy) uznaje jedynie rower ze mną raz w tygodniu, przebiegł 5 km w czasie 34:25!!! W szoku był, a ja w jeszcze większym. Mówił, że cudowna atmosfera sama go niosła :-)

Co poza tym?

Upały męczą nawet mnie, a przecież jestem zdecydowanie ciepłolubna. Tyję/puchnę, co wcale mi się nie podoba.

Plany wakacyjne co dzień inne.

Sama w domu, bo Moja Cholera ogarniając trzy roboty na raz nie ma czasu do domu na noc wrócić.

W pracy masakra – tak jak pisałam, zastępowanie kilku osób mnie wykańcza.

Na długi sierpniowy weekend namawiałam męża na Gdańsk, nawet nie musiałam długo namawiać :-)

A w temacie Marioli jasność jak słońce i jak dwa razy dwa :-(

chciałaś masz tylko co

Sześć godzin do biegu.

Chmury jakoś tak nisko latają i duszno jak nie wiem co, w sumie mogłaby być burza, byłoby to lekkie wytłumaczenie mojego zejścia z trasy.

Czuję się nie bardzo.

Przecież, do kurwy-nędzy-wędrowniczki, ja wcale biegać nie lubię!!!

Oto plan treningowy z ostatniego tygodnia:

- poniedziałek: 1 h zumba, 1 h crossfit

- wtorek: 1 h tabata (pierwszy raz byłam na tych zajęciach – bomba!), wyszłam zmachana więc wieczorem tylko pół godziny biegu

- środa: 1h jakiś fitness ze sztangami, zapomniałam nazwy, później miałam biegać ale padało, więc pół godziny na orbitreku

- czwartek: 1h zumba, na crossfit nie zostałam bo się bałam kontuzji, a ćwiczenie „na pół gwizdka” to nie dla mnie, 15 minut ćwiczen na brzuch

- piątek: 1h TBC, babka jakoś wyczuła czego mi trzeba i było dużo rozciągania…

No właśnie. Biegać nie lubię. Ale uwielbiam atmosferę biegów masowych.

Tylko dlaczego zgłosiłam się do biegu na 10 km, hę??? Piątkę bym przebiegła lajtowo, łącznie z tym końcowym podbiegiem. A na dychę podbiegi będą dwa.

No i że pomylę trasę się boję.

I że numer startowy mi odpadnie.

I w najwygodniejszych spodniach mam tylko jedną kieszeń, do której musi się zmieścić i samograj, i komórka – proszę sobie oszczędzić komentarzy, że gdybym miała smartfona, to byłby samograj i telefon w jednym, no i nie trzeba byłoby go nosić w kieszeni tylko np. w opasce na ramieniu (chciałam sobie opaskę taką kupić, ale wszystkie są za duże na mój telefon!!!)

I tak dalej, i tak dalej.

A wiecie co jest najgorsze? Że choćbym dobiegła nawet w tym moim wymarzonym czasie poniżej 1:15, to i tak lepiej poczuję się może przez trzy sekundy, ot co.

A propos – niedługo zaczynam psychoterapię. Kciuki mile widziane.

bieganie-motywacja-inspiracja-motyw

Cześć Bridget! Ale schudłaś!

Dzisiejsze moje wypociny sponsoruje Brigitta, która popełniła ostatnimi czasy taką notkę,  Dajcie jej wódki, Nobla i szafirowe buty do biegania, bo szusów w tym odcieniu to chyba jeszcze nie posiada :-)

Od razu przypomniała mi się sprzeczka z mężem sprzed tygodnia, kiedy to z uśmiechem numer pięć powiedziałam mu, że facetów do łóżka mogę mieć na kiwnięcie palcem. Ugryzłam się w język przed wymienianiem konkretnych nazwisk :-) No bo Moja Cholera – jako kumaty facet nie ukrywający (nareszcie!), że sam mi zgotował ten los – nie mógł mieć do mnie absolutnie żadnych pretensji o to co powiedziałam, nawet przytaknął, owszem tak, ale za konkretne nazwiska to mogłoby mi się srodze oberwać, haaa.

Bo tak w ogóle to tę sferę życia odsunęłam na bocznicę taką, że hej. Niestety raz na kilka miesięcy jakoś się przelewa czara goryczy i miniony weekend właśnie tak się przelał.

Wiecie, rozumiecie, za krótko byłam kobietą sensu stricto. I to wtedy, gdy właściwie czułam się jeszcze smarkato i za bardzo nie wiedziałam, co z tym całym seksapilem zrobić.

Teraz już bym wiedziała, do kurwy-nędzy-wędrowniczki.

A najgorsze w tym bajzlu jest właśnie to, że jakimś dziwnym trafem wzdychulce się trafiają co i rusz, mimo że wcale ich nie zachęcam (nigdy nie umiałam flirtować, ale zawsze mi mówią, że po prostu mam w sobie „to coś”) – a mnie wcale to zainteresowanie wielce nie pochlebia.

Bez ambicji, grzechu, wstydu i lęku? To za mało.

A jeśli ma być za mało, nie chcę nic.

Reasumując – i tak źle, i tak niedobrze.

Kwitnie sobie więc temat na tym bocznym torze, wróci tradycyjnie za czas jakiś, a ja sobie giczołami kiwam :-)