Archiwum dla Sierpień, 2014

(do)kot a sprawa polska

Esemes od męża:
„Co byś powiedziała na kotka na jesień, wiem że pomyślisz że mi odwaliło, ale jestem gotowy na drugą córunię, ja wybieram jakby co”.
Hahaha!
Ponad sześć lat namawiałam go na kota.
Udało się w końcu.
Po kolejnych sześciu latach twierdzi, że chciałby drugiego kota.
No i pięknie, tylko że obawy mam.
Bo jednak przez tyle lat nasza mała czarna była jedynaczką. Kontaktów z innymi kotami prawie żadnych – nie licząc Bońki rodziców, która nienawidzi innych futrzaków, więc albo obchodziły się z daleka, albo na siebie warczały, albo jedno na drugie czarne łapsko podnosiło. Może być więc problemowo trochę… Poza tym chciałabym adoptować dorosłą kotkę, a podobno lepiej „dokacać” kociątkiem odmiennej płci… No i ten chroniczny brak czasu nas obojga, mała czarna jest sierściuchem niemal bezproblemowym i świetnie sobie sama w domu radzi, a przy dwójce trzeba będzie im więcej czasu poświęcać, zwłaszcza na początku..
Ech, nie będę na razie się martwić na zapas.
Po wakacjach się pomyśli :-)

A jutro będziemy bawić się na weselu. Muszę dziś kieckę przerobić – rzeczoną kieckę mam chyba z 10 lat, bez problemu dostosowywała się do mojego chudnięcia/tycia… a teraz mam w niej połowicznie goły biust. Mam nadzieję, że wystarczy skrócenie ramiączek (a są wielce delikatne, więc obym nie skiepściła ich przy tym skracaniu) i zakup bardziej wyciętego stanika (jutro rano się po niego do Maximusa wybiorę). Fajnie będzie, nooo :-) Czyli znów wyjazdowy weekend. Bo następny wielce imprezowy – w piątek koncert w Warszawie, w sobotę Inowrocław z najlepszą ekipą :-)

A potem to już tylko odliczanie do wyjazdu wakacyjnego. Dziś dla odmiany jestem w jego temacie optymistką :-)

dep

może zduszone nie powróci znów odejdzie gdzieś wypali się

Kolejny czwartek dołujący. Że też akurat czwartek, nooo :-)
Chociaż tak właściwie to od jakiegoś czasu jest zjazdowo, tyle że we czwartki tak wszechobecnie.
Nawet wyjazd na wakacje mnie nie cieszy… na siłę wynajduję jakieś problemy, które nas tam dopadną, a to zemsta sułtana (chociaż bardzo rzadko mamy problemy takie), a to inne choróbsko, a to jakas masakra z hotelem (niższy standard więc będzie syf) i tak dalej, i tak dalej… Co mnie dziwi i denerwuje wielce, bo zwykle takiego defetyzmu nie sieję. Plus obawy że mężowi się nie spodoba i będzie mi doopsko truł.
Jestem maksymalnie zmęczona, praca daje popalić, a przyszły roboczotydzień to już w ogóle zapowiada się strasznie. WYkończą mnie przed urlopem. W połączeniu z tym, że mąż haruje na czterech robotach na-raz… przepraszam, jedną właśnie skończył więc na trzech ;-) i widzimy się tylko przez godzinę-dwie wieczorem i to nie codziennie (tych kilku godzin snu obok siebie co którąś tam noc nie liczę, podobnie jak czasu po przebudzeniu – wychodzę do pracy gdy on jeszcze śpi). Nawet na czytanie nie mam siły, co widać po haniebnie niskiej ilości książek przeczytanych w tym miesiącu. Nic to, we wrześniu nadrobię :-)
Figura (mniejsza o wagę) bez zmian, mimo dość ukierunkowanych ćwiczeń. Powinnam się pogodzić z tym, że moje nogi wyglądają tak a nie inaczej i nigdy szczupłe nie będą… cóż, nie tylko to powinnam :-)
Ostatni trójmiejski weekend dość ponury, szykuje się kolejna strata – co jak co, ale po Bolku nie spodziewałam się odrzucenia, szkoda mi męża bo uważał Bolka za najlepszego przyjaciela od lat, ech…
O (nie)czuciu się kobietą nie napiszę, bo już napisałam wszystko chyba…

Mam w sobie coś pozytywnego, ha!

Nigdy się nie nudzę.
Nigdy-nigdy, serio-serio!
Bo po pierwsze primo – unikam nużących sytuacji – ludzi też – a raczej oni mnie, bo  skoro wiadomo że ze mną o 90% interesujących bliźnich rzeczy nie da się pogadać, no to poszłam w odstawkę.
Nie przejmuję się tym. Zawsze byłam sama. Uciekałam przed prześladowaniami (że mocne słowa? tak właśnie się czułam) w świat książek, muzyki i – przede wszystkim – własnej wyobraźni. I tak jest do tej pory. A jeśli uciec nie mogę – przyjmuję na klatę. Vide praca – daleka od moich zainteresowań i umiejętności, ale po prostu jakoś wyłączam się na te roboczogodziny, robię swoje i tyle. A po pracy… książki, muzyka i własna wyobraźnia :-) Plus krzewienie kultury fizycznej, nie ma to jak się porządnie zmęczyć ćwiczeniami, od razu lepiej się czuję :-)
Bardzo mi z tym dobrze i wygodnie. Nie narzekam że nie ma co robić, że nudno itepe. Nie mam poczucia marnowania czasu tudzież życia.
I na Turcję wakacyjną też mam pomysł. Książek biorę moc, ale wiadomo że życie nie polega wyłącznie na czytaniu :-) Spacerować będę, zwiedzę to i owo, no i zresetować się zamierzam, nie myśleć o pracy ani takie tam, nooo.
Że nie piszę w kontekście wakacji o towarzyszu podróży oraz życia i całej reszty?
Towarzysz waży mnie lekce od lat – mam wrażenie że zrobiłam już wszystko żeby sytuację wyjaśnić tudzież zmienić, bezskutecznie – dlatego będzie obok, nie ze mną. I dlatego mam nadzieję, że znajdzie sobie jakichś ludków do wspólnego spędzania czasu, skoro ze mną spędzać go nie chce. Mnie ludzie do szczęścia nie są potrzebni. I tak wszyscy mają mnie w najlepszym razie za dziwaczkę :-)

tof