…niż rodzicami mają zostać ci, którzy kompletnie do tego się nie nadają.

Na przykład ja, hehe :-)

Taki oto artykuł został polecony jakiś czas temu – cóż, jestem ofiarą takiego traktowania przez rodziców właśnie.

Zacznijmy od tego, że moja mama stanowczo nie powinna mieć dzieci. Tak jak ja jestem bezdzietną z wyboru, tak ona jest dzietna z braku wyboru – wiadomo, jakie były czasy przed pięćdziesięciu jeszcze laty… Wielce podziwia jedną z koleżanek, która wybrała samotne życie, jednak sama na to nie potrafiła się zdobyć. Miała zadatki na badacza, świetnie odnalazłaby się w pracy naukowej – zamiast tego praca nauczycielki na wsi i w małym miasteczku oraz mąż i dzieci, zawsze na dalszym planie. Tata również stawiał na pierwszym miejscu pracę i tak oto i siostra, i ja wychowane zostałyśmy przez babcie (i na szczęście wpoiły nam one tyle życiowych prawideł, że nie zeszłyśmy na złą drogę). Rodzice natomiast byli li i jedynie surowymi egzekutorami. Oboje przelali na nas swoje niespełnione życiowe ambicje, do tego tata jest bardzo apodyktyczny, nie znoszący sprzeciwu… Siostra jakoś lepiej sobie z tym radziła – ma charakter taty, więc potrafiła mu się odgryźć, niestety w końcu pokłócili się na śmierć i życie, od dawna widują się jedynie raz czy dwa w roku, a i to za dużo ;-) Spokorniała zresztą z wiekiem, życie nie za dobrze jej się poukładało, boi się cokolwiek zmieniać, woli starą biedę niż nowe wyzwania. A ja? „ostatnia z miotu bez krzty polotu”, od małego obciążona ciężarem niespełnionych ambicji nie tylko rodziców, ale również tych przelanych na siostrę. Tata chciał zrobić ze mnie sportsmenkę, a jak wiadomo byłam słoniem w składzie porcelany, do dziś zresztą jestem. Problemy z koordynacją sprawiły, że nie byłam w stanie nauczyć się jeździć na nartach ani pływać, nauka jazdy na rowerze też była bardzo trudna, a gry zespołowe… oj, szkoda gadać. Kto wie, może podświadomie teraz tyle ćwiczę właśnie dla akceptacji taty, chociaż teraz to on ma to już gdzieś? Mama natomiast rosła w piórka z racji moich niebywałych zdolności (fakt, byłam dzieckiem z gatunku tych cudownych), ale nie zrobiła nic, aby te zdolności rozwinąć, wychodząc z założenia że skoro jestem tak doskonała, to poradzę sobie świetnie sama ze wszystkim. A gdy okazało się, że sobie nie radzę, ech… W skrócie: całe moje dzieciństwo to nieustanne pretensje w stylu „tylko czwórka plus? czemu nie piątka?”, „Kasia umie już tabliczkę mnożenia do stu, a ty wciąż robisz błędy” i tak dalej, i tak dalej… Dziś się uśmiecham na wspomnienie problemów z napisaniem cyfry osiem, ale co się od rodziców nasłuchałam jaka to głupia jestem że mi koślawo ta ósemka wychodzi… I od dawna piszę ją jako bałwanka ;-) Niestety wyprowadzka z rodzinnego domu wcale wiele nie pomogła. Studiowałam kierunek narzucony przez rodziców (po maturze bylam w takim dole psychicznym, że nie umiałam się przeciwstawić), szło mi całkiem nieźle, zważywszy jak mało czasu na naukę poświęcałam, oceny miałam na tyle dobre, że mama snuła plany pławienia się w blasku córki właścicielki dobre prosperującej kancelarii i małżonki pana magistra/inżyniera co najmniej… Fakt, niejako na złość pokrzyżowałam te plany, zajmując się zawodowo zupełnie czymś innym (niestety czymś, do czego mam jeszcze mniejsze zdolności i zamiłowanie niż do tego co studiowałam) i wiążąc się z facetem bez matury (nic to, że później studiował nawet). Przekora? Chęć zrobienia czegoś w końcu po swojemu? nie wiem, nie wiem, nie wiem… Tata jeszcze teraz potrafi nazwać mnie niewdzięczną gówniarą (mąż nie staje wtedy w mojej obronie, o co mam żal), a mama płacze nad moim zmarnowanym życiem. Cóż mi pozostało? skrajna nieśmiałość, całkowity brak wiary w siebie i przeświadczenie, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Plus świadomość, że rodzice są coraz starsi i to mnie przypadnie opieka nad nimi – bardzo się tego boję, nawet nie przez to, jak mnie traktowali, tylko że zwyczajnie nigdy w życiu się nikim nie opiekowałam, ani dzieckiem, ani starszą osobą, nawet kotą po jej sterylizacji mąż się zajmował (ja jak zwykle musiałam iść do pracy). Zapewne i te niewesołe wspomnienia z dzieciństwa są powodem mojej niechęci do posiadania dzieci – nie chcę im fundować takiego losu, przez jaki ja przejść musiałam. Oj, gdyby nasz maluch odziedziczyłby po mężu dysleksję, a po mnie problemy z koordynacją…  Zresztą dzieci ogólnie nie lubię, a już niemowlęta mnie przerażają (czyżbym za dużo horrorów w stylu „Dziecko Rosemary” się naooglądała za młodu?). Wyjątkiem są maluchy w wieku przedszkolnym – nie przeraża mnie mnogość pytań, jakie dzieci zadają, a logika myślenia kilkulatka warta jest niejednokrotnie zastosowania przez dorosłego :-) Później niestety zaczyna się szkoła i kończy kreatywność :-(

Jakieś podsumowanie tych przydługich wypocin?

Bądźcie mądrymi rodzicami, tylko tyle i aż tyle :-)

Poza tym co?

Choruję sobie – niestety zemściło się bieganie w ubiegłą niedzielę. Była ladna pogoda, za bardzo się nie spociłam, ale wystarczyło… Ostatecznie zrezygnowałam zatem z Biegu Niepodległości w listopadzie – zapewne przypłaciłabym treningi i sam udział w biegu anginą, a nie mogę sobie pozwolić na dłuższe chorowanie, nie do końca roku. Przyszły sezon chcę zacząć biegiem na 10 km przy maratonie Orlenu na koniec kwietnia – też się obawiam, cały kwiecień trzeba by już trenować na powietrzu, oby aura pozwoliła.

Znów kiepsko z finansami, mąż pracuje po kilkanaście godzin dziennie.

„Się ruszyło” w sprawie sprzedaży domu, ludziska przychodzą oglądać, ale nosami kręcą, co mnie nie dziwi, standardowokatalogowa chałupa to nie jest :-) A z ceny zejść mąż nie chce. W planach po sprzedaży była spłata kredytu, kupno małego mieszkanka, działki w Żet i budowanie od nowa chałupki, ale ostatnio stwierdziłam że wolałabym prysnąć gdzieś na południe Europy i zacząć życie od nowa…