Archiwum dla Styczeń, 2015

Nie piszę, bo Internet to narzędzie szatana :D

W domu nie korzystam z komputera, ot co. Moja Cholera przekopuje sieć w poszukiwaniu auta ;-) A ja w końcu po miesiącu męczarni zdecydowałam się dwa tygodnie temu poradzić lekarza w związku z tymi nieszczęsnymi powiekami i jest dużo lepiej. Ale i tak komputer ograniczam do pracowego minimum (swoją drogą w pracy mam więckszy zapieprz niż przed świętami – a miał być już spokój, ech…).

A więc nie piszę.

Urodziny minęły całkiem miło, dostałam kilka książkowych prezentów, jak zwykle. Aaa właśnie, godny odnotowania jest jeden nie-książkowy prezent gwiazdkowy – koncertowe DVD Depeche Mode (mąż się szarpnął). W najbliższy weekend urodzinowo-imieninowy wypad do spa, nie bardzo nas stać, ale się cieszę, no :-)

Kiepsko idzie z oszczędzaniem, dopiero jedna świnka skarbonka w tym sezonie opróżniona (wrzucamy dwójki i piątki, po uskładaniu 500 zł wpłacamy do banku), w zeszłym roku były cztery – całkiem nieźle, teraz oby trzy dało radę… No i to nieszczęsne auto – miałam nadzieję, że Seat jeszcze ze dwa lata pojeździ bez większych nakładów finansowych, ale niestety najlepiej jak najszybciej się go pozbyć. Jeszcze na koniec pojeździłam sobie nim przez tydzień, bo w mojej Myszy wysiadły wycieraczki, przy naprawie wycieraczek fachman stłukł przednią szybę (wole nie wiedzieć jak to zrobił), a później mąż stwierdził że nic w robocie nie robi tylko jeździ mi auto naprawiać, więc został w pracy na trzy dni ;-) Całkiem fajnie się wielką bryką mi jeździło, szkoda że teraz najprawdopodobniej kupimy jednak kombi, nie vana :-( No i na wakacje trzeba będzie odkładać dopiero po zakupie auta. Moja Cholera się upiera na Egipt, niech ma – zatem pewnie urlop dopiero na koniec września, miesiąc później niż zwykle, wybrałam wstępnie kilka hoteli z różnych półek cenowych, zobaczymy.

Przestałam słuchać bardziej informacyjnych stacji radiowych, bo wnerwiają mnie coraz bardziej roszczenia różnych grup, jak nie lekarze to górnicy, jak nie górnicy to rolnicy (a po doopie oczywiście dostają pracujący w prywatnych firmach tak zwani normalni ludzie, patrz ja ). No i frankowicze, oczywiście. Ech!
Jak czytam o bidusiach, co to im 14000 netto na miesiąc na życie nie starcza, bo w tym jest 5500 raty, no to śmiać się czy płakać nie wiem sama.
Wynajmowaliśmy z Moją Cholerą różniaste kąty do mieszkania przez lat jedenaście, w tym sześć lat już we dwoje :-) W okresie boomu kredytowego zarabiałam 1200 zł netto, a męża firma dopiero raczkowała, więc tak czy tak banki by nas poważnie nie traktowały, zresztą chcieliśmy jak najwięcej sami bez kredytu zadziałać. Każdy grosz szedł w budowę, czasem udało się na kilka dni nad Bałtyk czy w góry pojechać… No i gdy w końcu przyszło do kredytu, wzięliśmy go na niespełna 50% wartości nieruchomości, a nie na 120%. I nie we frankach, bo nikt nam nie ściemniał że ryzyka nie ma! Owszem, w euro, bo rata znacząco niższa była niż w PLN, ale jeśli euro nagle z jakiejś tam przyczyny skoczy do 6 zł, płakać nie będę, a już na pewno nie domagać się pomocy od państwa! Zarabiam wciąż niewiele (zwłaszcza odkąd tylko na jednym etacie), mężowskie dochody wiadomo trudne do oszacowania – i co? jakoś sobie radzimy, nigdy nie spóźniliśmy się ani dnia z ratą, kolejny rok całkiem nieźle się nam żyje, przyzwyczaiłam się do pewnego standardu ale jakby co nie będzie problemem obniżyć loty. Skoro tyle lat nigdzie nie byłam na wakacjach, świat się nie zawali jeśli znów z nich zrezygnuję (mieszkam w uroczej okolicy, która sama w sobie jest relaksacyjna). Skoro kiedyś mąż jakoś upychał graty w Skodzie Favorit, da teraz radę z kombi (chociaż trzeba przyznac że van jest megawygodny i wciąż mam nadzieję, że nowe auto będzie jednak Scenikiem). A książek mam już tyle, że obędę się bez takich prezentów, zresztą chwała bibliotekom :-)
Ech, jak sobie przypomnę nasze starania o kredyt, naginanie mężowskich dochodów (gdyby faktycznie takie były, pobudowalibyśmy się bez kredytu) które to naginanie na nic się nie zdało, bo właściwie i tak liczyła się tylko moja pensja na etacie, dwa tysiące na rękę… – nerwy z jednej strony, ale radość z drugiej.
Podsumowując: kredyt nie jest dla nas przeogromnym obciążeniem. I oby tak dalej. Aha, utraty pracy się nie boję, oboje mamy konkretny fach w ręku, a bezrobocie w Warszawie to fikcja. Koniec i kropka.

A na weekend do spa jedziemy z Państwem M.
Pani M. jest w ciąży, oczywiście na zwolnieniu od pierwszej lekarskiej wizyty. Już zapowiada, że do pracy nie wróci w ogóle, bo jej się nie chce.
Pan M. lekko przerażony wizją ojcostwa (to ten typ, co dzieci mieć musi, bo tak wypada) wspomina swoje byłe ukochane i sępi od Mojej Cholery numer telefonu do wspólnej koleżanki (nie wysępił rzecz jasna).
Jest wesoło, no.

Przytyłam sześć kilo, „chwaliłam” się już? Za Chiny zjednoczone z Hongkongiem nie wiem jak to się stać mogło, ćwiczę tyle co zwykle, jem tyle co zwykle, piję chyba nawet mniej… Byle do wiosny – wrócę do biegania (zapisałam się na trzy biegi masowe w kwietniu/maju, chyba mnie powaliło!), znów sobie fundnę dwadzieścia sesji na vacu (jak na złość teraz nie ma żadnych ofert gdzieś w pobliżu), wycieczki rowerowe i znów będę na wyjeżdzie wakacyjnym figurką czarować. Chociaż jeszcze mam nadzieję, że albo się Mojej Cholerze odwidzi Egipt, albo hotel który mi się najbardziej podoba stanieje znacznie ;-)
Aaa, pytanko do tych co już w Egipcie byli: komary wielce uciążliwe? bo to mój największy argument na „nie”, uczulona na bzyczki jestem!

Poza tym kondycja włosów mi się poprawiła bardzo. Dobre i to.

I rzadko polecam książki, ale „Magika” Magdaleny Parys (prezent gwiazdkowy) pochłonęłam z niekłamaną przyjemnością :-)

ks

Skończyłam wczoraj trzydzieści pięć lat.

Żyję i chwilowo na tamten świat się nie wybieram (a propos nie tak znów odległych zdarzeń, o których kiedyś napomknę tutaj).

Jak się czuję? Gorzej niż przedwczoraj i wczoraj, to fakt. Ale usprawiedliwione to gorsze samopoczucie jest: noc z poniedziałku na wtorek spędziłam na pasjonującej lekturze, rozmowach z Moją Cholerą i konsumpcji wyjątkowo smacznej kombinacji napojów alkoholowych i bezalkoholowych, na którą to kombinację zostałam skutecznie poderwana przed trzynastu laty :D Sam dzień urodzinowy natomiast bardzo mile we dwoje spędzony na spacerach, wyjątkowo rozpasanej konsumpcji (wspomniane wcześniej drinki, a jedzeniowo gofry na śniadanie i pieczony królik na obiad), grach planszowych i innych (sromotnie przegrywałam we wszystkie gry oprócz „państwa-miasta”, w których jestem mistrzem od przedszkola) oraz oczywiście przyjmowaniu życzeń („przypominajka” na fb to fajna rzecz, no!). A dziś? standard: praca, trening i samotna noc (Moja Cholera na robocie daleko od domu).

Dół? Eee tam. Z okazji ćwierćwiecza tak się przecież dołowałam, że widocznie jeszcze mi się czkawką odbija :-)

Nie wyglądam, to na pewno.

Czuję się z każdym rokiem coraz bardziej smarkato.

Można?

Można.

Czytaliście „Bez dogmatu” Sienkiewicza? Miałam przyjemność otrzymać tę książkę jako nagrodę w szkole muzycznej. Hmmm, niekoniecznie była to pozycja odpowiednia dla dwunastolatki ;-) ale co to dla mnie, skoro na początku szkolnej edukacji przeczytałam „Sztukę kochania” Wisłockiej (nawet co nieco pojmując), poprawiając książką o ciąży i porodzie (uroki posiadania starszej siostry pielęgniarki i zapracowanych rodziców, nie bardzo orientujących się w lekturach młodszej pociechy). Bohater „Bez dogmatu” ma trzydzieści pięć lat właśnie i jest taką pierdołą, że szkoda gadać (w trójce najbardziej nielubianych przeze mnie bohaterów literackich, obok pana Murdstone’a i Lisbeth Salander). Filozofuje i w ogóle, no i się kocha przy okazji, inna sprawa że sam nie wie co z tym fantem zrobić. W każdym razie zbulwersowana byłam wielce, że ów pan jest w tak słusznym wieku, a śmie się zakochiwać jeszcze i zachowywać cokolwiek niepoważnie. W tak słusznym wieku, podkreślmy!

Koń by się uśmiał. Inni przedstawiciele fauny takoż.

Poważny wiek, taaa, jasne.

Aha, dobry ze mnie człowiek tak na co dzień, ale jeśli ktokolwiek na tych szacownych łamach ośmieli się zasugerować, że tenże poważny wiek to ostatnia chwila na dziecko, więc mam szybko działać, bo będę żałować itede, itepe – to… nie no, nie ośmieli się :D

pobrane