Archiwum dla Luty, 2015

Się narobiło.

Tydzień temu, dokładnie w piątek wieczór, mnie powaliło. Dosłownie.

Myślałam, ba – pewna byłam, że to tradycyjna moja angina, którą raz do roku muszę przejść, choćby nie wiem co (owszem, miałam jeden rok bez tej przypadłości, ale za to w następnym roku przechodziłam ją o wiele silniej). Z ciężkim sercem zrezygnowałam z wyjazdu na koncert, poleżałam dwa dni w łóżku, no a w poniedziałek podreptałam do lekarza. Tradycyjnie antybiotyk, zwolnienie wzięłam tylko na trzy dni, oczywiście zostało to przyjęte bardzo źle (mówiłam już, że włodarze mojej szkółki bardzo chcą uczynić z niej korporację?), wypożyczyłam z biblioteki pięć grubaśnych książek i wróciłam do domu się leczyć.

I wszystko byłoby fajnie, znaczy się normalnie, gdyby nie to że już we wtorek wyżarło mi jamę ustną.

Za cholerę nie wiem, czy to się kwalifikuje do normalnego lekarza, czy już do dentysty, bo całe zęby mam odsłonięte, ale i podniebienie zaatakowane. Chyba antybiotyk za mocny. Albo ogólne osłabienie organizmu. W każdym razie od kilku dni jem na siłę, bo muszę, ale kazdy kęs sprawia ból, więc porcje są „na przeżycie”. Ledwo mam siłę dojść do toalety (całe szczęście, że projektując nasz dom w stanie niezupełnie trzeźwym umieściliśmy łazienkę przy sypialni). A dziś po południu czeka mnie wizyta u lekarza, na którą muszę sama dojechać (jedynie 15 km, ale jakoś nie ogarniam w ogóle prowadzenia auta w takim stanie). Muszę zwolnienie przedłużyć i niech mi coś da na to coś co mnie żre (szałwiowe specyfiki nie pomagają), bo jeść muszę, inaczej wciąż będę taka słaba.

Aaa, no i piękna opryszczka. Kurcze no, myślałam że skoro do tej pory jakoś się ustrzegłam tego badziewia, to w wieku, hm, poważnym mi już nie grozi. Ech.

Schudłam raptem dwa kilo, wiadomo że od samego leżenia więcej się nie da, ale gdzieś mam takie chudnięcie.

Od poniedziałku w pracy dadzą mi nieźle popalić, a ja po prostu nie funkcjonuję.

I wciąż koncertu żal.

Nie pierwszy raz ciało daje mi pstryczka w nos i choroba uniemożliwia coś fajnego. Kilka razy (jeszcze za dzieciaka) musiałam zrezygnować z wyjazdu na wakacje. A w roku 2006 z wyjazdu na Wyspy do pracy, chociaż wtedy to akurat choroba duszy była.

Pogadam o tym z terapeutą (tak, się zdecydowałam, chociaż oczywiście z dzisiejszej wizyty musiałam zrezygnować, a co do kasy to już sama nie wiem z czego rezygnować, jako że przecież wydaję na swoje potrzeby nie-podstawowe śmiesznie mało).

Mąż cudowny, znosi mi sushi i owoce, których nie jestem w stanie jeść, robi herbaty z miodem, mocno przytula w nocy, podejrzanie lekko przyjmuje do wiadomości fakt, że z całowania nici raczej na długo ;-) i w ogóle cudnie-świetnie.

A mnie szlag trafia, bo przecież ja taka zawsze zdrowa byłam. Wystarczyło takie nic.

No.

Trzymajcie kciuki, żebym do poniedziałku doszła do siebie.

paląc za sobą mosty

Jeden już się wziął i nadpalił poważnie. Łazienkowski, z którego korzystam na co dzień.
No cóż.
Jeżdżę Poniatowskiego zatem. Rano oki, po południu masakra. Ale i tak nie mam zamiaru wracać do zbiorkomu (pod)miejskiego. Bilet kwartalny kosztuje już 536 zł, a i tak przecież ponad 20 km do pociągu muszę dojechać autem… No i na linii skierniewickiej pociagi jeżdżą wiadomo jak. A gaz na szczęście poniżej 2 zł za litr można upolować.
Madziulec jeszcze niestety bez instalacji LPG – kasę zbieramy. Obsuwa jest z razji przesunięcia terminu wejścia na dużą robotę – ergo: ten tydzień Moja Cholera spędza w domowych pieleszach, naprawiając to i owo (w myśl zasady „szewc bez butów chodzi” nasza chałupka wymaga wielu drobnych interwencji). Plus gapi się w telepudło do bólu (bo wspólnymi wieczorami staram się go od tego ustrojstwa odganiać) i dziś na przykład wygapił sobie przepis na indyka w sosie żurawinowym w jakiejś telewizji śniadaniowej. A że nieopatrznie obiecałam mu na jutrzejsze urodziny jakiś dobry obiad, a raczej kolację (bo przez korki będę w domu pewnie około 19), no to baw się babo w indyka ;-) Na Walentynki zapodałam rzecz jasna popisowego królika plus drinki (też popisowe, na które wieki temu zostałam poderwana), plus gry planszowe… i zleciał wieczór.
Ostatki że niby wczoraj? Spędziłam wieczór w klubie fitness ;-) I tak tylko chwilami wspominałam ostatki z roku 2002, jedenastego lutego bodajże, kiedy to siedziałyśmy z Paulą na schodach „Pod Aniołem”, opowiadałam jej o facecie poznanym kilka tygodni wcześniej, z którym jakoś nie wiem co zrobić… a koledzy tylko piwa nam donosili. Paula kazała mi się zadeklarować, bo „wte i wewte” się nie da na dłuższą metę… No i kilka dni później przeszliśmy na wyższy level. Że tak powiem :-)
Wracając do Walentynek – w środku nocy z soboty na niedzielę, sięgając po kolejną książkę, stwierdziłam wielce odkrywczo, że nic już nie muszę. I dobrze mi z tym :-)
Zmarnowałam pół życia na próby zadowolenia rodziców, rzecz jasna próby mniej lub bardziej nieskuteczne. Później dziesięć lat kopania się z koniem biedy – „bo nas nie stać”, odmawiając sobie wszystkiego. Taaa. Bo kiedyś będzie lepiej. Lepiej… nie mówić. Pewnie lepiej nie będzie.
Trzeba zatem odpuścić i spróbować korzystać z życia takiego, jakie jest.
Korzystam zatem.
I nic już nie muszę, jako się rzekło.
Po piąte: a niech gadają. I się śmieją nawet. Przywykłam wszak w pacholęcych latach do wyśmiewania :D
A propos pacholęctwa – mam wrażenie, że cofam się w rozwoju i dobrze mi z tym :D Się bawić lubię, ot co. Czy na fitnessie, czy na koncertach, czy z książką.
Tylko że ludzie jakby coraz mniej mi są potrzebni…
W związku ze związkiem, znaczy z niemyśleniem, fundnęłam sobie kurtkę 4F za zawrotną cenę 229 zł (przeceniona z czterystu czy jakoś tak!). Właściwie to mąż mi kupił prawie że o zdanie nie pytając, jako że sam ma podobną i sobie chwali… Tyle że dla mnie kupno ciucha w cenie >100 zł to wydarzenie wiekopomne. Oto zestawienie najdroższych szmat moich:
1) Suknia ślubna – lato 2006, dwie moje ówczesne pensje :D
2) Kurtka skórzana – wrzesień 1999, około 500 zł, służyła mi 10 lat
3) Płaszcz zimowy – grudzień 1999, około 500 zł, służy mi do dziś
4) Płaszcz skórzany – jesień 2009, około 500 zł, służy mi do dziś
5) Kurtka sportowa – luty 2015, 229 zł, niech się dobrze nosi :D
I nic więcej drogiego nie pamiętam ;-) Kilka par butów za około 100 zł, no i tyle chyba.
Mówcie mi gałganiarz :-)
A w weekend jadę do Łodzi na koncert oraz afterparty i będzie świetnie, o!

doro

eee to o co się tej Marioli z reklamy rozchodziło?

Minął weekend w spa (całkiem udany, mimo że oczywiście jako dyżurny słoń w składzie porcelany musiałam nabawić się kontuzji, całą lewą łydkę mam poharataną). I następny weekend też minął, spokojnie tym razem. I zbliża się kolejny weekend, który to pierwszy raz w życiu chciałabymm obejść typowo walentynkowo, ale cóż, do tanga trzeba dwojga. Może jeszcze kiedyś. Tymczasem mogę sobie powspominać studniówkę własną sprzed lat siedemnastu (eee, ilu??? to ja taka stara jestem???), która akurat czternastego lutego miała miejsce. Hitem muzycznym było „Takie tango” Budki Suflera, chyba z dziesięć razy kapela to zagrała :P

Lubię oglądać zdjęcia ze studniówki. Trochę się fizjonomie nasze zmieniły – moja zdecydowanie na lepsze, a Kogoś z Dawnych Czasów, hm., … :-)

Fajnie byłoby jeszcze kiedyś z nim zatańczyć. Chociaż ostatnie nasze popisy niezbyt dobrze wspominam.

Poza tym auto kupione w poniedziałek. Kompromis między kombi a vanem – takie jakieś nie wiadomo co, zwane oficjalnie minivanem, a nieoficjalnie przeze mnie Madziulcem, czyli wiadomo już jaka marka ;-) Raczej mało popularny model, ale „dziwnym trafem” od bodajże dwóch lat wozi się nim nasza najbliższa sąsiadka („nie da ci tego ojciec, nie da ci tego matka…”) i jakoś tak mężowi w oko wpadło jej auto ostatnio. Podaż mała, kopsnął się aż gdzieś za Wyszków po egzemplarz, podobni niezły, podobno bo jeszcze nie miałam okazji się nim przejechać. Jak będzie AC, to mi łaskawca pozwoli. Chyba nie mam ochoty, no ;-)

Oj, cięta jestem ostatnio. Przez Walentynki i w ogóle. I sprawozdanie finansowe fundacji, które za kilka tygodni będę musiała zrobić, a w ogóle się na tym nie znam. Ale się przecież zawsze chwalę wszem (i) wobec, że się szybko uczę. Prawda?

I przydałoby się zacząć chudnąć, ale sorry, wszamałam wczoraj dwa pączki, dosłownie raz na rok je jem :D Później cross i zumba, chyba spalone zatem? A dziś zumba walentynkowa wieczorem, mam nadzieję się zrelaksować. Jutro rano trening i biblioteka – w sumie miłość moja do książek jest znana powszechnie, zatem Walentynki z lekturą jak najbardziej tak.

A piątek trzynastego olewam – formalnie wszak mam dwa czarne koty! (w książeczce zdrowia Bońki rodziców ja przecież jestem wpisana jako właściciel, jeszcze pod panieńskim nazwiskiem)

Ech, stara i głupia jestem. Gruba też, ale to tak na marginesie ;-)

wal