Archiwum dla Maj, 2015

Siedzę sobie w domu sama, no to odpalę w końcu kompa ;-)

Serio nie pamiętam już kiedy używałam komputer w domu do celów ściśle prywatnych.

No to niech będzie dzisiaj.

Wieczór, siatkarska Liga Światowa w telewizorni, kota na kolanach, mąż w robocie.

O robocie będzie zresztą najwięcej dzisiaj.

Ale po kolei do ogonka.

1. W pierwszej turze wyborów prezydenckich głosowałam na Palikota, w drugiej na Komorowskiego. Wynik jaki jest, każdy widzi. Nowe inicjatywy obserwuję z zainteresowaniem. Kukiza odrzucam od razu (chociaż oczywiście nie miałabym nic przeciwko dwóm tysiącom podwyżki, ale to się z moim realizmem wielce kłóci). Nowa lewica zwana Razem jakoś mnie nie przekonuje. Najbliżej mi do ugrupowania Nowoczesna.pl, serio zgadzam się z większością ich punktów programowych, nawet myślałam o wproszeniu się na kongres założycielski w najbliższą niedzielę, ale to będzie mój jedyny wolny dzień w tym tygodniu, więc zdecydowanie wolę go spędzić w plenerze na rowerze.

2. Przez dwa tygodnie borykałam się z infekcją gardła – niby nie rozwinęło się w anginę sensu stricto, ale i tak dało w kość, treningi musiałam ograniczyć i niestety kiepsko bardzo wypadłam w teście Coopera – tylko 2100 metrów. Nawet mój mąż mnie wyprzedził :-( Zdrowa na pewno pyknęłabym te sześć okrążeń. W październiku będzie lepiej.

3. Przestałam się ważyć, ale nie jest dobrze. Jem sporo, to fakt. Głównie warzywa (dobrze) i owoce (w tym suszone – źle). Ale prowadzę tak intensywny tryb życia, że powietrzem i wodą energii nie zdobędę. Co mnie cieszy, to ramiona – nie mam tak fajnie zarysowanych mięśni jak na ślubnych zdjęciach (i pewnie już nigdy mieć nie będę), ale nic mi nie wisi, że tak powiem. W lipcu planuję serię 20 sesji vacu, w zeszłym roku miałam naprawdę dobre efekty.

4. Toruński bieg już za dwa tygodnie z ogonkiem. Nie nastawiam się na wynik, to będzie stricte sentymentalna podróż. Kolejne starty w tym roku to bieg powstania warszawskiego pod koniec lipca i bieg na piątkę przy maratonie warszawskim dwa miesiące później. Na bieg niepodległości raczej się nie zdecyduję.

5. Próbuję zwiększać tempo biegu, interwały idą mi nieźle, ale „po całości” już gorzej i przestałam marzyć o złamaniu granicy 60 minut na dychę w tym roku. Ale życiówkę na pięć km we wrześniu bardzo chciałabym pobić.

6. Nieśmiało przymierzam się do półmaratonu już za rok. Bardzo nieśmiało.

7. Poza pracą, treningami i czytaniem nie mam czasu dosłownie na nic. Jestem cholernie zmęczona, przestaje mi wystarczać zwyczajowe 5 godzin snu.

8. Praca. Temat-rzeka. Ocena okresowa się odbyła, dostałam kompletnie nierealne do zrealizowania cele tudzież zadania. Że nie wspomnę o bieżącej pracy, która przytłoczyła mnie całkowicie. Jestem kompletnie w czarnej dupie. Dlatego najbliższa sobota będzie pracująca, długi weekend czerwcowy nie będzie moim udziałem, a urlop wisi nawet nie na włosku, ale na pajęczynie.

9. Cholernie się boję powtórki z rozrywki – czytaj: z depresji – w jaką wpędziła mnie praca w roku 2006. Nie chwaląc się, udało mi się pokonać wówczas demona dość spektakularnie – ale młodej mężatce było łatwiej niż teraz… Mam nadzieję, że terapia pomoże.

10. Mąż też zdecydowanie za dużo pracuje, ale u niego to ma chociaż wymierny efekt finansowy. Sporo przy domu udało się zrobić, meble ogrodowe w końcu mamy, szykuje się na ten rok jeszcze podłączenie do wodociągu (coraz marniejsza nasza woda jest) i automat do bramy wjazdowej. No i na wakacyjny wyjazd zapewne uda się uciułać, chociaż nie będzie to najwyższa półka rzecz jasna.

11. Miłości pragnę, miłości chcę! Tylko gdzie ja bym rzeczoną miłość wcisnęła? Zamiast treningu? zamiast czytania? eee…

12. A mówiłam już, że Ktoś z Dawnych Czasów jest wielkim zwolennikiem prezydenta-elekta? :-)

„bo tutaj jest jak jest” (nie, wcale nie mam zamiaru głosować na Kukiza)

Tak właściwie to żaden kandydat na prezydenta mnie do siebie nie przekonał.

W Biegu Konstytucji życiówki nie pobiłam, chociaż wydawało mi się że lecę jak strzała. No cóż. Płakać nie mam zamiaru :-)
Zwłaszcza że krzewienie kultury fizycznej to jedna z dwóch oprócz czytania aktywności, które mnie przy życiu trzymają.
Dwie koleżanki z działu na długoterminowych zwolnieniach lekarskich. Chyba nie muszę rozwijać tematu?
Plus druga robota, z której wczoraj wróciłam o północy.
No wiem, że robi się ze mnie stara zrzędliwa menda albo mędliwa zrzęda, ale… ciężko jest.
Planuję urlop tygodniowy w drugiej połowie czerwca, ale jakoś marnie widzę szanse dotrwania do tego czasu w jako-takiej formie psychicznej. Wcześniej wypad do Torunia, w związku z biegiem oczywiście :-)
A Kopernik z racji Juwenaliów w tym roku przebrany za Gandalfa. Nieźle, ale chyba nic nie przebije zamknięcia biednego uczonego w sławojce za moich studenckich czasów :-)
Plany na weekend: piątek po pracy bieganie, wieczorem sauna, sobota pracująca od rana do wieczora, ale na trening muszę czas znaleźć! niedziela ma być kiepska pogodowo, trudno, najwyżej się z książką w domu zaszyję.
Jakoś tak nijako jest. Oby nie na długo.
bez

Life in Mono-Tematycznie.

Po dyszce orlenowskiej, przed piątką konstytucyjną.

Bieganie, znaczy się.

Mam nadzieję, że nikt ze stałych czytelników nie posądzi mnie o pogoń za modą w kwestii biegania. Ja i moda jakakolwiek? Wolne żarty :-)

Truchtać zaczęłam tak jakoś w 2004 roku za namową Karoli, na nieistniejącym już stadionie Sarmaty przy Wolskiej. Mieszkałam wówczas w uroczej okolicy obfitującej w parki, więc się czasem tu i tam pobiegało. Nawet w dwóch masowych biegach uczestniczyłam, jednak gdy w tym drugim jakiś nadgorliwiec przewrócił mnie przed metą, odechciało mi się masówek na lata.

Jak wiadomo powszechnie, krzewienie kultury fizycznej to moje drugie co do ważności (po czytaniu oczywiście) hobby. Podobnie jak nie mam ulubionego gatunku literatury, z ćwiczeniami też różnie bywa. Tylko zumba przez cały rok (u dwóch ulubionych instruktorek), spinning w zimniejszych porach roku, rower w cieplejszych. Cross trening od lat paru.

No i bieganie, do którego wróciłam przed rokiem. No powiedzmy że wróciłam… w tygodniu średnio dwa razy po niespełna 10 km, tylko w porze wiosennoletniojesiennej.

Tydzień temu na Orlenie pogoda nie dopisała. Właściwie to pierwszy raz biegłam w deszczu. Myślałam, że będzie gorzej. Nie miałam na trasie ani jednego kryzysu ;-) znaczy się chyba pora wejść na wyższy poziom i skupić się nie na dobiegnięciu do mety, tylko na nieco lepszym czasie… Strefę komfortu mam w okolicach 9 km/h – śmiesznie mało, wiem. Próbowałam ostatnio tempo zwiększyć na treningu i udało się ponad kilometr w tempie 11-11,5 km… Pewnie gdybym skupiła się stricte na bieganiu, wyniki byłyby lepsze, ale po pierwsze primo nuuuuda :-) po drugie żylaki jednak się po ostrzejszym treningu odzywają.

Jutro się postaram zejść poniżej 30 minut na piątkę. Co ma być to będzie :-)

A mąż się ze mną wybrał po biegu kibicować maratończykom i zapowiedział, że na 40, urodziny przebiegnie dychę. Ale najpierw schudnie :-) cześć mu i chwała :-) Ja nieśmiało marzę o półmaratonie, może kiedyś…

W każdym razie wszelaką aktywność fizyczną uwielbiam. Z politowaniem słucham znajomych mówiących „nie mam czasu – przyszłam z pracy, usiadłam przed telewizorem i już był wieczór”.

Bez komentarza.

Ale o docinkach zapomnieć trudno.

Niedostateczne oceny z wf przez wszystkie szkolne lata – pół biedy jeszcze. Ale i dziś „eee tam, ściemniasz, niby tyle ćwiczysz a gruba jesteś”.

Ano jestem.

Do lata piątkę zgubić by się przydało :-)