Archiwum dla Lipiec, 2015

bez zmian

Cześć, co tam?
Bo Pani M. urodziła wczoraj córeczkę. Mama i dziecko czują się dobrze, tata takoż, a mój mąż o dziwo nie zazdrości ;-) Ja oczywiście obojętnie reaguję.
Poza tym przebiegłam w sobotę prawie 18 km zamiast planowanych 16. Bo zawsze coś muszę zmienić, o :-) Zajęło mi to coś około dwóch godzin z jedną może minutową przerwą na picie. Ot taki truchcik. Ale dałam radę bez problemu. Połówkę też dam, znaczy się :-)
Zbliża się weekendowy wyjazd, boję się coraz bardziej. Nic jeszcze nie mam przygotowane, na koncie pustki, ale jutro kasa jakaś tam ma być.
Mam nadzieję na chociaż jeden wypad nad morze w sierpniu.
I kurczę no, wakacji pragnę, wakacji chcę, nigdy więcej urlopu w październiku dopiero! tak późny termin wybraliśmy w związku z planowanym wyjazdem do Egiptu, który to Egipt od początku mi nie pasował, ale mąż nalegał, oczywiście po ostatnich akcjach terrorystycznych już jest dla niego Egipt „be”, więc wymyśliłam sobie Cypr i oby coś tam wyszło.
I to by było na tyle. Waga nadal zbyt duża, czasu nadal zbyt mało. Ale na treningi i książkę zawsze czas jest ;-) Przydałoby się sen wyeliminować…

radź sobie!

Motywująca mnie od dwudziestu lat piosenka… i wystarczy, no nie?

Chrzanić wszystko. Czas się pogodzić z faktem, że pewna sfera życia za mną już jest.

Skupić się trza na treningach, bo połówka sama się nie obali. W sensie że półmaraton nie przebiegnie. Się. Sam. A to już za dwa miesiące.

Dlatego wczoraj wieczorem trening mimo fatalnej pogody. A dziś w planie rekord długości trasy.

Oczywiście im więcej trenuję, tym więcej ważę (prawo merfiego według mnie). Szóstka z przodu tylko mglistym wspomnieniem jest.

I napaliłam się (jak gimnazjalista trawki) na wakacje na Cyprze. Trochę drożej to wyniesie niż nasze limity, ale jakby tak zaoszczędzić na żarciu, to byłaby podwójna korzyść ;-)

A wkurzona jestem, bo wydawało mi się że w miarę-jakoś-tam-jednak wyglądam, mimo tej fatalnej wagi, ale zdjęcia z G. są bezlitosne.

Muszę przestać chwalić się krzewieniem kultury fizycznej, bo i tak patrząc na mnie nikt w to krzewienie nie wierzy.

Mówi się „trudno” i ćwiczy dalej, bo to jedna z niewielu rzeczy, które mi serio przyjemność sprawiają :-)

 

niby zwykłe nic

I po festiwalu.

Było zupełnie inaczej niż w roku ubiegłym.

Lepiej?

Gorzej?

Inaczej.

Wtedy zostałam „zawłaszczona” przez nowo poznaną koleżankę, w swoim stylu skryłam się za nią i właściwie nie mam żadnych „swoich” wspomnień.

Teraz koleżanki nie było (swoją drogą ma taki odjazd psychiczny, że moje problemy przy tym to pikuś). Cóż, sama sobie poradziłam. Stop – na tym festiwalu „człowiek nie jest sam”. No po prostu się nie da!

Najpierw więc przyłączyłam się do wielce rozrywkowej fejsbukowej bandy znajomych. Ale co chwila od nich odchodziłam, bo kolejni znajomi migali na horyzoncie i się witałam zamieniając przy tym słów parę.

Taaaaaaaak, ja sama podchodziłam i sama z siebie coś tam mówiłam.

Magia G.

Czyż nie?

I w samym środku sobotniej zabawy poderwałam sobie faceta. Tak, ja poderwałam! Ja ośmieliłam się podejść i zagadać!!! Na prawie trzeźwo!!! Ten fakt zasługuje na jeszcze więcej wykrzykników, jako że ostatnio takie podejście i zagadanie zdarzyło mi się, gdy miałam lat dwadzieścia jeden. Szmat czasu.

Okej, jakby rzeczony facet przez kwadrans nie wgapiał się we mnie jak sroka w świecidełko, to w życiu bym nie podeszła ;-)

Całkiem przyjemny się okazał, pięć lat starszy ode mnie (zaznaczam, bo koleżanka sobie przygruchała piętnaście lat młodszego), z okolic pochodzący, za granicą od lat mieszkający i wpadł niby tylko na pierwszy dzień festiwalu.

Niby, albowiem drugiego dnia był również, ponoć ze względu na mnie już li i jedynie.

Ha.

Nasłuchałam się komplementów za wszystkie czasy. Serio, ostatnio to mnie chyba w przypływie spóźnionych uczuć Ktoś z Dawnych Czasów przed dwoma czy trzema laty skomplementował.

A wyglądałam beznadziejnie, tak na marginesie, upał był plus legendarne już warunki sanitarne, pierwszego dnia szorty, drugiego dnia krótka kiecka (!!! – na złość oczywiście na każdym zdjęciu widać tylko moje słoniowe nogasy). Gadałam też trochę od rzeczy.

Nieważne.

Było fajnie.

Na pamiątkę został mi jego fajoski kapelusz… na kilka godzin tylko, ponieważ jak ruszył w rundkę po znajomych, tak nie wrócił. I znajomość na fb, ale wolę się nie odzywać.

I trochę odwagi jeszcze zostało też, jako że przedwczoraj wygarnęłam mężowi to i owo, konkretnie jak zaczął się żalić że traci klientów, to uprzejmie poinformowałam, że może by w końcu winy w sobie zaczął szukać. No bo twierdzi, że znajomych potracił przeze mnie, rozpad naszego związku to ofkors też moja tylko wina, ale sorry, do jego pracy to się nie mieszam nic a nic.

Za tydzień kolejny wyjazd, tym razem nad jezioro (komary!!! aaaaa!!!), prawie wyłącznie z obcymi, na doczepkę, obawiam się wielce, no ale sama się zgłosiłam więc…

A najbliższy weekend? spokojny. Z mężem jednak (opóźnia się wyjazd nad morze). Znaczy się tradycyjnie „razem a jednak osobno”.

Trochę boli…