Archiwum dla Wrzesień, 2015

Urlop. Z uwielbieniem.

Więc wyjaśniło się tyle, że niewiele się wyjaśniło.

Mąż ma na razie status kandydata mniej więcej. Czeka na sygnał z kadr, a to i pół roku potrwać może, chociaż ponoć braki w ludziach są i raczej sporo szybciej się sprawa rozstrzygnie. Na dziś rozstrzygnęłaby się oczywiście negatywnie, bo egzamin sprawnościowy raczej oblany przez kręgosłup :-( ok, pomału ćwiczy, ale na razie to dość żałosne próby. Zresztą z łuszczycą też się krył, pomogły regulaminowe piżamy z długimi nogawkami… Najgorsze jest to, że zdrowie i na pracę w obecnym zawodzie nie bardzo pozwala.

A u mnie? Nowa koleżanka wyleciała po trzech miesiącach z hu(cz)kiem, ale co wcześniej krwi napsuła, to „że hej”. Nikt nowy nie będzie przyjęty, co oznacza że znów trafi do mnie mnóstwo roboty, której oczywiście szanowna pani nie raczyła zrobić, bo stworzona była do wyższych celów, plus jeszcze inne sprawy też do mnie trafią… Ergo: od powrotu z urlopu aż do Bożego Narodzenia nie będę mieć wolnych weekendów… hola-hola, jeden muszę mieć, przecież już wyjazd na koncerty do Łodzi zaplanowany w listopadzie!!! W każdym razie będzie cholernie ciężko.

Na razie urlop jednak. Rozpoczęty gośćmi w weekend i Maratonem Warszawskim, w którym uczestniczyłam jako biegacz na 5 km (z marnym wynikiem) i kibic rzecz jasna.

Jest fajnie. Rano biegam, wieczorem fitness, w ciągu dnia czytanie.

Odmóżdżam się całkowicie.

I nóżkami przebieram w oczekiwaniu na wyjazd.

Zawirowaniami jesień się zaczyna.

Masakra i co tu więcej powiedzieć.
Zawirowania w pracy u nas obojga.
U męża wyjaśni się jeszcze dziś, u mnie – do końca tygodnia.
W moim przypadku każde rozwiązanie ma mnóstwo wad i niewiele zalet.
Ergo: o połówce prawie już nie pamiętam (ale cosik mi odwaliło, żeby na początku kwietnia przyszłego roku spróbować sił w półmaratonie warszawskim, w towarzystwie mojej trenerki zumby – no, zobaczymy!), a o nadchodzącym urlopie myślę w kategoriach „mógłby być później, bo tyle mam jeszcze roboty”.
Ludzie, ratujcie mnie!

Ał!torki debiut w półmaratonie.

Niedziela wcześnie rano, spać nie mogę, czytam cokolwiek, kotę głaszczę. Wstaję, kapcie wkładam, nie golę się dla nikogo, o śniadaniu do łóżka też nie ma co marzyć. Własnoręczna owsianka na mleku z łyżką miodu plus grejfrut. Mimo przerażenia żołądek absolutnie nie ściśnięty. Ubieram się, w ostatniej chwili przypominam sobie o szkłach kontaktowych. Mnóstwo żelu na włosy, żeby raczyły się jakoś trzymać (płonne nadzieje). Pochmurno, chłodno, wietrznie. Prognoza pogody mówi o słońcu i dwudziestu trzech stopniach około piętnastej. No, zobaczymy czy dla mnie to słońce zaświeci.

Auto, mąż i mama, no i ja. Jedenaście km do przebycia, wiele z nich po trasie biegu. Zaczynam się denerwować na poważnie.

Na miejscu startu jak zwykle głupawka. Łażę sobie, macham do znajomych, zagaduję nieznajomych. Zupełnie jak nie ja. Czyli faktycznie głupawka ;-)

Zaczynamy rozgrzewkę. Robię skłon i, jebut, wypada mi soczewka z lewego oka. Szlag że z lewego, które mam dużo słabsze, a wolałabym widzieć co się dzieje na trasie. Jakimś cudem łapię ją w locie (a przecież mam takie problemy z równowagą i koordynacją!). Do biura zawodów z łazienką daleko, chowam więc szkiełko w zaciśniętej dłoni i szukam pomocy w foodtrucku – jedna z pań ma kieszonkowe lusterko, jakoś mi się udaje ustrojstwo umieścić na swoim miejscu. Śmieję się nerwowo, że limit pecha na bieg właśnie wyczerpałam z nawiązką.

Rozgrzewka trwa. Pytanie od organizatorów, kto dziś debiutuje na półkrólewskim dystansie. Zgadnijcie, kto najgłośniej krzyczy i dlaczego „jaaaaa!” :-)

Po rozgrzewce. Kieruję się na start, oczywiście na końcu stawki. Mąż robi jakieś fotki, nie napalam się bo wiem że z jego „zdolnościami” i tak mało która wyjdzie (tak się zresztą stało). Odpalam endomondo w komórce, świeżo testowane dzień wcześniej. Odliczanie… i jak zwykle ten dreszczyk emocji, górujący nad strachem.

1 km – IRA: „Nie zatrzymam się”

Startujemy lajtowo, w każdym razie ja. Początek lekko z górki, nogi niosą same. Na Rynku ostro w dół. Słuchawki wypadają mi z uszu. Będą wypadać jeszcze 967564521 razy.

2 km – Depeche Mode: „Personal Jesus”

Jeden z kibiców krzyczy „już niedaleko”. Mam ochotę go pobić, ale szkoda tracić energii. Ojaciepiernicze, wyprzedzam sporo ludzi, coś tu nie tak, trzeba zwolnić.

3 km – Rocky IV: „There’s no easy way out”

Wbrew tytułowi piosenki truchta mi się całkiem przyjemnie, wybiegamy z miasta, od razu lepiej. Tyle że spocona jestem jak ruda mysz, cholera wie od czego?

4 km – Nightwish: „Over the hills and far away”

Poprawiając po raz enty słuchawki, słyszę za sobą podejrzanie głośny szum opon. Odwracam się – całkiem niedaleko kolumna pojazdów kończąca wyścig. O nie, jestem cieniasem, ale nie aż takim żeby mnie karetka eskortowała. Wystarczyło lekko przyspieszyć, auta daleko za mną. Pierwszy wodopój, jak zwykle kilka kropel do gardła, reszta malowniczo rozlewa się na koszulce.

5 km – Sabaton: „Uprising”

No, to jest power! Wrzeszczę „Warsaw Rise!” pewna, że słyszą mnie tylko jabłka na drzewach. Pomyłka – grupka biegnąca jakieś 400 m przede mną odwraca się jak na komendę. Macham do nich, bo co mi pozostało? Jabłka też słyszą – kilkanaście spada.

6 km – Jane’s Addiction: „Irresistible force”

Jest nieźle. Autentycznie cieszę się biegiem, o ile to biegiem nazwać można. A może by tak przyspieszyć? Eee, lepiej nie.

7 km – Meat Loaf: „Rock and roll dreams come through”

Na samą myśl o przyspieszeniu zaczynają mnie boleć żyla(cz)ki na prawej nodze. Porzućmy zatem definitywnie tę niemądrą myśl. Po jakiejś minucie ból ustaje. Zaczynamy agrafkę.

8 km – Super Girl and Romantic Boys: „Spokój”

Trudno zachować spokój, widząc po drugiej stronie agrafki pierwszych biegaczy. Znaczy się są jakieś 6 km przede mną. Fakt, lecą jak szaleni, na twarzach obłęd.

9 km – Fatum: „Frajer”

Drugi wodopój, staram się więcej do ust niż na koszulkę, oczywiście się nie udaje. Po drugiej stronie agrafki dziewczyna w mojej „branżowej” koszulce. Krzyczę do niej, machamy, jest fajnie. Za nią facet i uwieszona (dosłownie!) na nim dziewczyna – kurcżę, ledwie po połowie stawki i już tak źle? Przypominam sobie, że poprzedniego dnia spotkałam tego faceta przy odbieraniu pakietów startowych i mówił, że będzie eskortował koleżankę. Dobrze, że to zrobił.

10 km – Marylin Manson: „This is the new shit”

Nie patrzę przed siebie, tylko na prawo, na drugą stronę agrafki znaczy się :-) Mijam znajomych i nieznajomych, macham co do przystojniejszych chłopaków. A co mi tam :-) Koleżanka z drugiej strony sprawdza czas, 1:09, jest nieźle!

11 km – The Offspring: „All I want”.

Zawrotka. Piosenka ma niespełna 2 minuty, a ja z miejsca zawrotki mam niespełna 2 km do domu ;-) Nic to, truchtamy dalej.

12 km – Depeche Mode: „Love in itself”

Przez ponad 1 km biegnę w towarzystwie pary, ale w końcu zwalniam, wolę sama. Uporczywa myśl, że już pobiłam rekord biegu na zawodach. Głupia myśl, no. Kawałek czekolady, a raczej tego co z niej zostało po ponad godzinie w kieszeni spodni przy ciele. Upaćkałam się jak nieboskie stworzenie. Eee tam, niedługo wodopój.

13 km – Power of Trinity: „Luxtorpeda”

Znów śpiewam wniebogłosy, co skutecznie odstrasza chętnych na towarzyszenie mi w biegu. Wodopój drugi bis (bo na agrafce), tym razem łapię niebieskiego izotonika, nawet smaczny, mniejsza o to że większość znów na białej koszulce. Zapomniałam, że miałam wziąć wodę, żeby łapki ochlapać.

14 km – Kult: „Czarne słońca”.

Koniec agrafki, ostry zakręt, zaczyna wiać w twarz i wiać będzie prawie do mety. Coraz więcej ludzi idzie. Ja tam truchtam sobie równiutko, wiedząc z treningów, że jeśli przejdę do marszu, bardzo trudno będzie mi wrócić do biegu. Nic mnie nie boli, żadnej zadyszki, skurczów, NIC. To pułapka, prawda?

15 km – Bryan Adams: „Summer of 69″.

Wiejski sklep, przed sklepem ławeczka a la „Rancho”, na niej panowie z piwem. Królestwo za piwo! Tak, na głos to powiedziałam. I co? Jeden z panów podstawia mi butelkę. Trochę się boję jednak pić piwo, za daleko do mety. Wodopój. Krztuszę się wodą. Może trzeba było brać to piwo???

16 km – Kings of Leon: „Sex on fire”

To u mnie drażliwy temat, próbuję zatem nie słuchać tego co w słuchawkach, myśląc jaką jestem idiotką umieszczając ten utwór na playliście ;-) Zaczynam rozumiec maratończyków, którym przeszkadzały rękawki w koszulkach – u mnie z koszulką oki (testowana wielokrotnie), spodenki oki (spadają wprawdzie z tyłka, ale przywykłam), natomiast zaczynają zawadzać mi… skarpetki! Niestety muszę to przecierpieć. Nie zatrzymam się przecież żeby je zdjąć! Zresztą po tym, jak tydzień wcześniej na OnkoBiegu trzy razy zatrzymywałam się, aby zawiązać but, mąż mi na połówkę własnoręcznie zawiązał sznurówy na trzy kokardki. Chyba nie dam rady rozwiązać ;-)

17 km – Fatum: „Mania szybkości”

Szybkość… no właśnie, może by tu przyspieszyć??? Ej no, chyba mi się we łbie z tych kilometrów poprzewracało, przecież na 20. kilometrze jest wzniesienie które po takim dystansie można uznać za Agrykolę. Wieje w twarz coraz silniej, odechciewa się przyspieszania. Dodaję otuchy współbiegaczowi, którego łapią straszne skurcze. Wodopój.

18 km – Depeche Mode: „Route 66″

Odpowiednia piosenka na ten moment – granica psychologiczna, nigdy nie przebiegłam jednorazowo więcej niż 18 km właśnie. Ej no, dam radę, no nie? Doganiam chłopaka z pary, z którą biegłam w połowie dystansu, trochę gadamy, pyta: „to teraz już płasko, tak?”. Eee, nooo, powiatowa Agrykola coraz bliżej!

19 i 20 km – Lady Pank: „To co mam”

A raczej czego nie ma, czyli oznaczeń kilometrów! Ktoś już zaczął zwijać interes! A były na 100%, przecież je widziałam gdy jechałam na start! Rany koguta, to może już jest po limicie czasu i nie będe klasyfikowana? Ale skoro na 10 km miałam coś około 1:09 i biegnę równym tempem, to przecież minęły dopiero dwie godziny! Kolumna aut „koniec wyścigu” też na horyzoncie niewidoczna! Dobra, skupiam się na podbiegu, wszyscy idą, ja biegnę.

21 km – Matia Bazar: „Ti sento”

Wciąż lekko pod górę, ale to już niedaleko. Mijają mnie współbiegacze z medalami, dwoje z nich przyłącza się do mnie, dają powera, włączam turbodoładowanie, skąd ja mam tyle siły! Metę już widzę, czasomierz też, czas oki więc tym szybciej nóżkami przebieram, przed metą na środek wyskakuje mąż, robi mi zdjęcia (żadne nie wyszło). Momentu przebiegnięcia linii mety nie pamiętam. Picie, jabłka, medal, telefony do trzymających kciuki, podskakuję jak wróbel na nitce, czuję się fizycznie znakomicie.

I… to by było na tyle.

Modliłam się do bogów i demonów o nie-bycie ostatnią na mecie – nie byłam ostatnia (ale prawie). O czas poniżej 2:30 – miałam 2:22 z groszami. O brak kontuzji i bólów wszelakich – właściwie nic mi nie dolegało. O mocną psychikę – tutaj porażka na całej linii. Jak zwykle brak wiary w siebie spętał mi nogi i czas uzyskałam haniebny. A już po kilku km wiedziałam, że jest moc i powinnam spokojnie bieg ukończyć. Taaak, aż za spokojnie ukończyłam… Tu akurat mogę się lekko usprawiedliwić, że debiutowałam na takim dystansie, mogłam się obawiać o siły. Ale mając za soba gazylion treningów na około 10 km, na każdych zawodach na dychę również truchtam sobie wielce spokojnie, bo przecież jak ośmieliłabym się przyspieszyć, to przecież zaraz mnie szlag trafiłby i cholera wzięłaby. Do poprawy na rok przyszły!

Poza tym plany na rok przyszły: co najmniej jedna połówka :-)

A cały litr, czyli maraton? Może kiedyś-tam-za-lat-parę, nie wykluczam. Zresztą zimą tego roku planowałam półmaraton za dwa lata. Na wiosnę – w przyszłym roku, a w połowie czerwca zapisałam się na tegoroczny :-)

Świetnie dobrałam sobie playlistę (oczywiście było jeszcze kilkanaście utworów oprócz tych wymienionych).

Super organizacja, obawiałam się o braki wody, a tu pięknie :-)

A tak na koniec lokowanie produktu – strój rasowej półmaratonki:

Koszulka: www.rebelrunners.club

Spodenki: Tchibo

Buty: Lidl (!!!)

Bielizna, skarpetki: Maximus z Nadarzyna :D