Archiwum dla Listopad, 2015

wychodzone wybiegane piękne dno

Mam wrażenie, że tak źle to nie było nigdy w żadnym listopadzie jeszcze.
Nie mam siły na nic. Praca, praca, praca, po pracy ćwiczenia (męczę się strasznie i pocę jak ruda mysz, ale chyba one mnie najbardziej przy życiu trzymają), radio i książka żeby nie zidiocieć totalnie. Co najwyżej pięć godzin snu.
Wolne tylko niedziele. Ta ostatnia sprzed dni paru odpoczynkiem nie była w ogóle. Kryzys małżeński też wydaje mi się, że największy w naszych dziejach, ale nie jestem w stanie teraz podjąć żadnej racjonalnej decyzji.
W Biegu Niepodległości pobiłam rekord życiowy.
Na meczu Polska-Islandia obrzygał mnie kibic siedzący za mną, ale i tak było super.
Wydarzenia paryskie jakoś poza mną. Radykalnych poglądów w kwestii uchodźców nigdy nie miałam (w żadną stronę radykalnych).
Pochłaniam ogromne ilości jedzenia.
Cienie pod oczami do kolan.
Szwagier stracił pracę, pewnie teraz się z teściem zapiją na śmierć.
Tata w szpitalu, według słów lekarza „módlcie się państwo, żeby to była tylko gruźlica”.

images

Jakoś to będzie. No nie?

Sposób na masakryczny listopad?
Planowanie wiosennych prac w ogrodzie (moja mama).
Planowanie wakacji nie tylko przyszłorocznych (Moja Cholera i ja).
Do ogrodu się nie bardzo wtrącam ;-) co do wakacji natomiast plany są ambitne, jak już kiedyś wspominałam.
Koniec czerwca bądź początek lipca – powrót sentymentalny do Chorwacji, najprawdopodobniej do miejscowości, w której byliśmy w sierpniu 2013, najchętniej na tę samą kwaterę (tylko że już nie z Państwem M., hihi). Trochę mi tu się wcina między wódkę a zakąskę festiwal w weekend 1-3 lipca, którego za nic nie odpuszczę! A na wyspę Krk wrócę z przyjemnością. W końcu trochę pozwiedzamy, bo z Państwem M. to wiadomo jak było ;-)
Przełom września i października – wyjazd jakiś też. Milion pomysłów na minutę. Od polskich gór (jeśli kasy nie uskładamy) po ciepłe plaże. Się zobaczy.
Tak się rozzuchwaliłam, że z rozpędu już i o rok 2017 zahaczam – jako że w rzeczonym 2017 Mojej Cholerze stuknie czterdziestka, to może jego wymarzona Sycylia? Inna sprawa czy zasłużył ;-)
Plany biegowe też są, a jakże, i to dość ambitne. Poczekam jeszcze trochę z ich ujawnieniem…
Jutro Bieg Niepodległości, obawiam się najbardziej wiatru – ostatnio w niedzielę na trasie czułam się, jakbym do tyłu biegła :-( I powoli kończymy sezon biegania w plenerze, podbiegi i interwały będę na bieżni robić, a orbitreka już przeciągnęłam do salonu (nie ma to jak kibicowanie sportowcom przed telewizorem ćwicząc na orbitreku właśnie). No i fitness rzecz jasna.
Praca? bez komentarza.
Życie osobiste? ditto.

trzy razy splunąć, odżegnać się…

Ot i listopad.
Boję się.
Jak nie wiem co się boję.
Najgorszy miesiąc w roku. Odkąd pamiętam najgorszy.
Nie ma przypadków – wszystkie moje samobójcze próby odbyły się w listopadzie właśnie. A ta ubiegłoroczna śni się po nocach już.
Zaplanowałam sobie udział w Biegu Niepodległości, żeby chociaż na początek miesiąca mieć jakieś cele tudzież plany. I co? Mąż przeziębiony, mnie też cosik bierze, planuję w tym tygodniu dwa treningi na powietrzu (dzisiaj i w sobotę po pracy), no zobaczymy.
No właśnie, te pracujące soboty. Nie pasują mi wielce. Oki, przecież przez parę lat pracowałam na dwa etaty i wiele wieczorów, sobót i niedziel spędzałam w robocie. Ale ustawiałam sobie grafik „pod siebie”, no i blisko domu. I tutaj w szkole o wiele mniej obowiązków miałam. A teraz, ech…
Jak tu sobie poradzić z tym nieszczęsnym listopadem?