Roku 2015, znaczy się.

Nie bloga – tylko go zaniedbuję tradycyjnie.

Mam audyt w robocie (oczywiście się nie wyrobili i jeszcze w styczniu przyjdą) i szpital w domu.

Tata miał przedwczoraj operację, czeka go długa rekonwalescencja i dalsze leczenie. To jest TO.

Mama psychicznie wrak.

Mąż uznany za niezdolnego do służby z powodów bodajże siedmiu czy ośmiu (łuszczyca i kręgosłup oczywiście, ale poza tym wyszły inne rzeczy wielce nieciekawe). Będziemy się odwoływać, jasne,, ale szans nie ma żadnych, a o zdrowie musi w końcu zadbać.

Ja, no cóż… po przytyciu 5 kg w niespełna miesiąc zrobiłam zrezygnowana badania na tarczycę, sądząc że jak zwykle będzie wszystko oki, a tu jednak nie do końca dobrze – tragedii nie ma, ale do endokrynologa trzeba się zapisać, pewnie z funduszu to będzie w okolicach roku 2020.

Rok zatem się kończy podobnie jak się zaczął, czyli koszmarnie. No cóż. Żyjemy dalej.

Oby lato było równie udane jak to minione.

I żeby z kasą się poprawiło, bo dwa ostatnie miesiące mąż po lekarzach i komisjach latał zamiast pracować :-(

I spokój. W domu i zagrodzie.

Optymistycznie mimo wszystko zostawiam Was z moją piosenką roku 2015. Nawet dzwonek w telefonie sobie z niej zrobiłam. Reakcje otoczenia bezcenne :-) No bo tak trochę w klimacie lat ’80…