Archiwum dla Październik, 2016

Wróciłam. Jestem.

Kocham Cypr. Za całokształt :-)

Wyniki badań po wakacjach rewelacyjne.

Szkoda tylko, że praca sprawia, że zapomina się o tym, co dobre…

Lecim na Szczecin. Znaczy się jeszcze trochę dalej ;-)

Ciuchy jak na razie wywaliłam na środek, muszę je zredukować chyba o połowę, bo się w limicie na powrót nie zmieścimy (planuję przywieźć morze wina).

Łydki mi okrutnie urosły i czerwone spodnie ledwo wciągam. Ale muszę je wziąć, bo stylizacja w barwy narodowe na mecze piłkarskie być musi ;-)

Prognozy pogody dość optymistyczne.

Mąż oczywiście na gardło narzeka. Szlag mnie trafia, bo zepsuł mi Egipt przez chorobowe marudzenie. Teraz nie zepsuje, nie dam się.

Rachunki właśnie płacę, bank mi przypomniał, że zostały jeszcze 333 raty kredytu :D

Nic to. Najbliższy tydzień tylko dla mnie jest…

Haaa! Faceci.

No bo jak się w końcu do pisania zbieram, to trzeba o tym najważniejszym sednie tarczy, no nie?

Ktoś z Dawnych Czasów ma nową kobietę. Ale i tak go zaproszę na koncert naszej ulubionej kapeli ;-)

Co mi rzekł wielbiciel, pisałam w ostatniej notce. A ostatnio skarżył się, że V. nie pozwala mu w domu palić :-)))

A że festiwal zawsze spędzam w męskim towarzystwie, to i teraz. Pan się napatoczył. Najlepsze było to, że pomylił mnie z naszą wspólną znajomą!!! I tutaj serio puchnę z dumy nad własną inteligencją, bo zanim się kapnęłam, kto to niby ja jestem, to grałam świetnie, a jak już wiedziałam, kogo mam udawać, to wzniosłam się na wyżyny swej doskonałości. Serio. Ja się marnuję w tym najnudniejszym zawodzie świata ;-) Bawiłam się cudnie przez cały wieczór, aż w końcu jak już po koncertach szliśmy grupką do lokalu, ktoś się odezwał do mnie po imieniu i pana zatkało… skończyło się rumakowanie ;-)

Innych grzechów nie pamiętam. Bo nie ma czego, psiamać. Ten uroczy epizod z byciem kimś innym potwierdził tylko regułę, że jajakoja jestem niestety pozbawiona wszelakich walorów dla płci przeciwnej. Taaak, gotować też nie umiem, a zwłaszcza nie lubię ;-)

A w małżeństwie? Urocza dziesiąta rocznica ślubu. Serio nie spodziewałam się, że tak fajnie będzie. Jedynym zgrzytem tego rocznicowego weekendu był półmaraton w koszmarnym wietrze, po którym to biegu chyba jeszcze z tydzień we łbie mi huczało ;-) Wcześniej niestety znów się kolosalnie zawiodłam – nawet bardziej na sobie niż na nim, bo to ja pozwoliłam na coś, co okazało się kolejną porażką.

Pojutrze wyjazd na wakacje. Poprosiłam recepcję mailowo o ten sam pokój, który w zeszłym roku mieliśmy. Z megadużym łóżkiem, w którym marzłam okrutnie. Rozgrzewały mnie poranne biegi ;-)

Będzie fajnie. Mimo wszystko :-)

A do tej piosenki niebezpiecznie często wracam…