Jak trwoga, to do bloga.

Najlepszym lekarstwem na schizę jest nowa schiza. Otóż to.

Od wczoraj serio nie myślę o swojej dalekiej od ideału sylwetce. Ciekawe na jak długo :D

Bo ponieważ moje kierownictwo nie dopilnowało planu urlopów i tym oto sposobem na przełomie lipca i sierpnia urlopuje się 5 osób z naszego 11osobowego zespołu.

Z sześciu osób które zostają, trzy to rzeczone kierownictwo, które z zasady jest ponad to :-)

Do roboty zatem jest nas trzy, z czego jedna koleżanka z kasy, która ma inne obowiązki. A ja mogę w zasadzie zastąpić wszystkie nieobecne.

Na mojej głowie wszystkie delegacje (około 300 na miesiąc), wszystkie wyciągi bankowe (mamy plus minus 60 rachunków bankowych) i większość faktur kosztowych (około 1000 na miesiąc). Plus finisz wdrożenia projektu, za który jestem odpowiedzialna.

Powiedziałabym, że się okocę, gdyby nie to że a) jestem bezdzietna z wyboru, b) i tak mam problemy kobiece.

Trzeba będzie zapijać tę katorgę. Co nijak się ma do moich planów zachowania jako-takiej sylwetki do wrześniowych wojaży.

Eee czy ja coś mówiłam o nie-myśleniu o sylwetce???

1371557263_qki6qi_600

 

Nie piszę, bo ileż można o tym samym.

Zwłaszcza że nie mam ochoty tłumaczyć życzliwym, że złota zasada „mniej żryj, więcej się ruszaj” w moim przypadku po prostu nie działa.

Trenując 7 razy w tygodniu i żywiąc się głównie sałatkami powinnam wyglądać jak przystojniejsza wersja Ewy Chodakowskiej.

No cóż.

Ał!torka – jak wygląda – mniej więcej wiadomo.

Złość.

Złość i zazdrość, że pół świata je (i pije!) co chce, ograniczając aktywność fizyczną do klikania w pilota od TV, a drugie pół świata tyje ze wszystkiego co zje, a zwłaszcza z tego co nie zje. I jak na złość w moim otoczeniu dominują przedstawiciele tej pierwszej połowy świata, lepszej połowy.

Wrrr.

Jak tu sobie odpuścić, hę???

Sama się nakręciłam, wiem.

Przecież mam fajnego męża, który akceptuje mój wygląd całkowicie. Nawet wolał mnie w wersji okrąglejszej.

I kilku wzdychulców mam, którzy przybiegliby na zawołanie, chociaż bynajmniej ich nie wołam.

Bliźnich swoją fizjonomią nie straszę – no w każdym razie nie okrągłymi kształtami, bo na image z lat ’80 co niektórzy się krzywią.

Na zdrowie nie narzekam – fizyczne, hehehe – a kondycji niejedna nastolatka mogłaby mi pozazdrościć. Haaa, zwłaszcza dzisiejsze nastolatki przyspawane do komputerów :-)

Gdyby nie ta cholerna przeszłość…

Ot, w piątek na treningu stwierdziłam, że właściwie to chciałabym być instruktorką fitness – i w tym samym momencie usłyszałam chichot historii w postaciach wszystkich szkolnych wuefistów z lubością stawiających mi pały :D

Życie jest dziwne, ech.

A Holandia jedynie z brązowym medalem :-(

Podzielę się z Wami moim najgorszym sennym koszmarem.

Jest to wspomnienie z dzieciństwa – na placu zabaw grupa dzieciaków zasłania mi drogę do zjeżdżalni wołając „grubasów nie przyjmujemy”. Trzydzieści lat prawie minęło, a wciąż mi się to śni po nocach. Wiecie co, w życiu nie czułam się gorzej niż wtedy, nawet jak własny ojciec mnie wyzywał, nawet jak mi w podstawówce podłożono do plecaka zużytą podpaskę, nawet jak na studiach poznany przez internet chłopak rzucił mi w twarz na pierwszym spotkaniu „ależ ty jesteś gruba i brzydka”.

Skąd taki nastrój ledwie kilka dni po fajoskich festiwalowych przeżyciach?

„A bo ponieważ” założyłam dziś spódnicę (bo ileż można w dżinsach popylać), którą ostatnio miałam na sobie niemal dokładnie miesiąc temu i co? Przyciasna z lekka jest i mina mi się wyciagnęła :-( Nie da się ukryć, tak zwane „normalne jedzenie” (czyli trzy-cztery skromniutkie posiłki dziennie) plus suszone owoce (czymś sobie muszę rekompensować brak słodyczy) plus czasem alkohol… Na moje uparte kilogramy działa jedynie prawie głodzenie. Się. Tyle że na dłuższą metę przy moim aktywnym trybie życia głodzić się nie mogę, bo energię skąś czerpać trzeba. Teoretycznie codziennie trenując tyć nie powinnam. Teoretycznie. Haaa.
Ale mam dodatkową motywację, bo Ktoś z Dawnych Czasów szczela mi komplementa :-)
Zatem w środę pobiegłam na trening nawet wieczorem po spotkaniu z koleżanką w centrum miasta – wracałam do auta, paczę a tu klub fitness :-) A że na wszelki wypadek torbę ze strojem sportowym mam zawsze w samochodzie, to spędziłam fajną godzinę na zajęciach pod uroczą nazwą „Zgrabne uda i pośladki” (na pośladki nie narzekam, natomiast do zgrabnych ud mi daleko, chociaż zejście z 61 do 56 cm w obwodzie to już jest coś) – efekt: rzeczone uda i pośladki pobolewają do teraz, zwłaszcza że się jeszcze doprawiłam wczoraj na zumbie i crossficie.
Dziś za to trenować będę jedynie wznoszenie kufla, jako że na piwo idę :-) No dobra, po powrocie chociaż 10 min na brzuch. Jutro bieganie i rower, w niedzielę bieganie i rodzinna impreza, w poniedziałek po południu wizyta u lekarza, mam nadzieję że zdążę wrócić na zumbę i crossfit…
Jeść muszę. Trza się zatem ruszać, żeby jakoś tam wyglądać (komplementy od kogoś z Dawnych Czasów! więcej ich proszę, więcej!). No i ja przecież uwielbiam krzewienie kultury fizycznej.
A jeszcze bardziej będę je wielbić, gdy pozbędę się traumy lekcji wf w szkole – jak wiadomo ani jednego ćwiczenia nie zaliczyłam na ocenę pozytywną :-)
Chociaż skoro jej się przez dwadzieścia lat nie pozbyłam, to chyba już nie ma na co liczyć…
Powinnam wyluzować, wiem.
OK, otyłość jest cholernie niezdrowa i nieestetyczna. Trzeba mniej żreć i ruszyć dupę, bo społeczeństwo przecież nie będzie płacić za moje leczenie. Hejters gona hejt.
Tyle że po pierwsze primo nie jestem otyła. W najgrubszym etapie życia miałam BMI coś około 28. Nadwaga znaczy się. Obiektywnie patrząc na stare fotki – tłuściocha na nich nie ma. Dzieciaki wyśmiewały się okrutnie z grubasa (i żeby tylko wyśmiewały…), którym to grubasem de facto nie byłam!
I co z tego mam? permanentne bycie na diecie od 18. roku życia, niemożliwość zjedzenia czegokolwiek treściwego bez wyrzutów sumienia (końskiemu zdrowiu zawdzięczam, że moje zaburzenia odżywiania pozostały wyłącznie w psychice, bez obsuwu w anoreksję czy inną bulimię), chodzenie w łachmanach, bo wciąż zakup
lepszych ciuchów odkładam na czas kiedy schudnę… I tak dalej, i tak dalej.

Dziewczyny, nie dajcie się zwariować, jako ja się dałam.

c9bhypiq_cenebit