To już jest koniec.

Roku 2015, znaczy się.

Nie bloga – tylko go zaniedbuję tradycyjnie.

Mam audyt w robocie (oczywiście się nie wyrobili i jeszcze w styczniu przyjdą) i szpital w domu.

Tata miał przedwczoraj operację, czeka go długa rekonwalescencja i dalsze leczenie. To jest TO.

Mama psychicznie wrak.

Mąż uznany za niezdolnego do służby z powodów bodajże siedmiu czy ośmiu (łuszczyca i kręgosłup oczywiście, ale poza tym wyszły inne rzeczy wielce nieciekawe). Będziemy się odwoływać, jasne,, ale szans nie ma żadnych, a o zdrowie musi w końcu zadbać.

Ja, no cóż… po przytyciu 5 kg w niespełna miesiąc zrobiłam zrezygnowana badania na tarczycę, sądząc że jak zwykle będzie wszystko oki, a tu jednak nie do końca dobrze – tragedii nie ma, ale do endokrynologa trzeba się zapisać, pewnie z funduszu to będzie w okolicach roku 2020.

Rok zatem się kończy podobnie jak się zaczął, czyli koszmarnie. No cóż. Żyjemy dalej.

Oby lato było równie udane jak to minione.

I żeby z kasą się poprawiło, bo dwa ostatnie miesiące mąż po lekarzach i komisjach latał zamiast pracować :-(

I spokój. W domu i zagrodzie.

Optymistycznie mimo wszystko zostawiam Was z moją piosenką roku 2015. Nawet dzwonek w telefonie sobie z niej zrobiłam. Reakcje otoczenia bezcenne :-) No bo tak trochę w klimacie lat ’80…

wychodzone wybiegane piękne dno

Mam wrażenie, że tak źle to nie było nigdy w żadnym listopadzie jeszcze.
Nie mam siły na nic. Praca, praca, praca, po pracy ćwiczenia (męczę się strasznie i pocę jak ruda mysz, ale chyba one mnie najbardziej przy życiu trzymają), radio i książka żeby nie zidiocieć totalnie. Co najwyżej pięć godzin snu.
Wolne tylko niedziele. Ta ostatnia sprzed dni paru odpoczynkiem nie była w ogóle. Kryzys małżeński też wydaje mi się, że największy w naszych dziejach, ale nie jestem w stanie teraz podjąć żadnej racjonalnej decyzji.
W Biegu Niepodległości pobiłam rekord życiowy.
Na meczu Polska-Islandia obrzygał mnie kibic siedzący za mną, ale i tak było super.
Wydarzenia paryskie jakoś poza mną. Radykalnych poglądów w kwestii uchodźców nigdy nie miałam (w żadną stronę radykalnych).
Pochłaniam ogromne ilości jedzenia.
Cienie pod oczami do kolan.
Szwagier stracił pracę, pewnie teraz się z teściem zapiją na śmierć.
Tata w szpitalu, według słów lekarza „módlcie się państwo, żeby to była tylko gruźlica”.

images

Jakoś to będzie. No nie?

Sposób na masakryczny listopad?
Planowanie wiosennych prac w ogrodzie (moja mama).
Planowanie wakacji nie tylko przyszłorocznych (Moja Cholera i ja).
Do ogrodu się nie bardzo wtrącam ;-) co do wakacji natomiast plany są ambitne, jak już kiedyś wspominałam.
Koniec czerwca bądź początek lipca – powrót sentymentalny do Chorwacji, najprawdopodobniej do miejscowości, w której byliśmy w sierpniu 2013, najchętniej na tę samą kwaterę (tylko że już nie z Państwem M., hihi). Trochę mi tu się wcina między wódkę a zakąskę festiwal w weekend 1-3 lipca, którego za nic nie odpuszczę! A na wyspę Krk wrócę z przyjemnością. W końcu trochę pozwiedzamy, bo z Państwem M. to wiadomo jak było ;-)
Przełom września i października – wyjazd jakiś też. Milion pomysłów na minutę. Od polskich gór (jeśli kasy nie uskładamy) po ciepłe plaże. Się zobaczy.
Tak się rozzuchwaliłam, że z rozpędu już i o rok 2017 zahaczam – jako że w rzeczonym 2017 Mojej Cholerze stuknie czterdziestka, to może jego wymarzona Sycylia? Inna sprawa czy zasłużył ;-)
Plany biegowe też są, a jakże, i to dość ambitne. Poczekam jeszcze trochę z ich ujawnieniem…
Jutro Bieg Niepodległości, obawiam się najbardziej wiatru – ostatnio w niedzielę na trasie czułam się, jakbym do tyłu biegła :-( I powoli kończymy sezon biegania w plenerze, podbiegi i interwały będę na bieżni robić, a orbitreka już przeciągnęłam do salonu (nie ma to jak kibicowanie sportowcom przed telewizorem ćwicząc na orbitreku właśnie). No i fitness rzecz jasna.
Praca? bez komentarza.
Życie osobiste? ditto.