Dziś będę marudzić. I narzekać, i w ogóle.

Chociażby dlatego, że po tygodniu brania antybiotyku wcale się lepiej nie czuję, a ponownie do lekarza  nie mam kiedy iść.

Bo w pracy kociokwik że hej.

W swojej pożal się Boże „karierze zawodowej” miałam wątpliwą przyjemność pracować w jednej korporacji i dwóch firmach do miana korporacji aspirujących. Czytaliście „Opowieści o kronopiach i famach” Cortazara? No więc oprócz tytułowych dwóch grup postaci są jeszcze nadzieje – pragnące stać się famami. No i taką oto nadzieją jest moja uczelnia.

Tak generalnie to zrobienie z uczelni (nawet prywatnej) korporacji to jakoś brzmi nie teges, no nie?

Widocznie nie dla władzuchny szanownej.

Z racji funduszy unijnych kilka naprawdę duuużych projektów pro-korpo wdrażanych jest na raz (za jeden jestem ja nawet odpowiedzialna) i nie podoba mi się to nic a nic. Najnowszy to już zupełnie para w gwizdek, angażująca niepotrzebnie nasz cenny czas. Ot, na przykład do piątku mam napisać swój zakres obowiązków ze szczegółami. Mniejsza o to, że cały jutrzejszy dzień mam spotkania, a roboty bieżącej aż nadto. A najlepsze jest to, że w kolejnej już firmie przełożeni załamują ręce, gdy mają mój zakres obowiązków określić, dlatego mam go opisać sama. Taka karma :D

Czekam tylko na e-raporty, które wypełniałam w jednej z poprzednich firm – na koniec dnia logowaliśmy się do tabelki z godzinami i wpisywaliśmy, co w danej godzinie robiliśmy. Idiotyzm kompletny. Oczywiście ja pisałam prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Czyli jeśli system finansowo-księgowy wisiał przez trzy godziny, nie omieszkałam tego w raporcie umieścić, pisząc że w zamian np. układałam papiery w szafie :-) Albo częsty wpis „przez godzinę użerałam się z Mateuszem z pokoju 07, bo nie chciał mi się podpisać na fakturze”. Pracowałam tam ponad dwa lata i ani razu nie zostałam wezwana na dywanik w związku z tymi moimi raportami.  Albo faktycznie tak należało je wypełniać (wątpię), albo nikt ich nie czytał (to bardziej).

Zapisałam nas (znaczy się i Moją Cholerę) na bieg towarzyszący orlenowskiemu maratonowi, już za miesiąc z ogonkiem. Ledwie 4,6 km, przetruchtam to nawet bez treningu. No chyba że dalej sobie chorować będę radośnie, bo teraz czuję się tak słaba, że… No, słaba i już.

Rzadko się rozwodzę na temat książek (wszystko wszakże jest w czytambrowych zakładkach), ale „Dom Augusty” Majgull Axelsson polecam z całego serducha! Kupiona przypadkiem przy okazji szukania prezentu urodzinowego dla męża (nie ma to jak przy okazji prezent dla siebie). Dawno żadna książka tak mnie nie… hm… przeczołgała? Czytałam do późna w noc, nie mogąc się oderwać, bardzo wolno czytając jak na moje standardy, tak jakby kot wylizujący miskę do czysta (ależ wyprane z romantyczności porównanie! ). Pożyczyłam wczoraj kolejną książkę tej autorki, ale czekam na weekend z jej przeczytaniem – to nie lektura na czytanie przez kilkanaście minut przed snem, a przecież na co dzień tylko na to mam czas…

Przez ten tydzień chorowania bardzo się od męża odsunęłam, fizycznie i psychicznie. Oby to długo nie trwało, bo jest jak w najgorszych naszych czasach, których nie mam ochoty znów przeżywać, o nie…

Mój Toruń.

Ostatni numer „Polityki” przyniósł ciekawe artykuły o Bydgoszczy i Toruniu. Przeczytałam z zainteresowaniem, bo jakby nie patrzeć to przecież ładnych parę lat życia w tamtym rejonie spędziłam.

Pięć lat prawie.

Oj, zmieniło się wiele. Choćby to imperium ojca Rydzyka, powstałe już po moim wyjeździe ;-) I nowy stadion żużlowy, na którym jeszcze nie miałam okazji być, i pełno nowych inwestycji… trudno mi czasem poznać stare kąty :-)

Bydgoszczy praktycznie nie znam. Tyle co raz na ruski rok odwiedzę kuzyna w Fordonie. Aha, no i egzamin z angielskiego tam zdawałam w 2003 roku, ale z nerwów to nic z miasta nie pamiętam. A nie, przepraszam, pamiętam że tuż po tym egzaminie kupiłam sobie komplet bielizny i majtki z niego mam do dziś :-) A na studiach na ziomali z Bydgoszczy byłam zła, bo wielu z nich dostało akademik bez problemu, a ja pochodząca z miejscowości odległej o plus minus 350 km musiałam obejść się smakiem (później już olałam starania o akademik, niewiele więcej za stancję płaciłam).

A Toruń, hm…

Z przypadku tak jakby. Przecież miała być Warszawa, jak najbliżej Kogoś z Dawnych Czasów – oczywiście wówczas były to Obecne Czasy ;-) Właściwie w ostatniej chwili się zdecydowałam, pewna że i tak po pół roku mnie z tych studiów wyrzucą (a jako że na pierwszym roku pełno było przedmiotów ogólnych i historii, zaliczyłam go świetnie).

Ważne, że byłam daleko i od rodzinnego miasteczka, w którym przez osiemnaście lat same przykrości mnie spotykały, i od znajomych dawnych daleko.

Wiecie, jaką radochą była dla mnie świadomość, że mogę przejść główną ulicą miasta z podniesioną głową, bez narażania się na głośne drwiny tudzież oberwanie cokolwiek nieświeżym pomidorem? Eee… lepiej żebyście nie wiedzieli, najgorszemu wrogowi nie życzę moich przeżyć z młodości, a co dopiero Czytelnikom ;-) W każdym razie gdy tylko okazało się, że mam tutaj czystą kartę, że nikt nie wie, że gdzieś-tam-daleko-stąd jestem dyżurnym pośmiewiskiem  i czarną owcą – poczułam że żyć się da. Spróbuję przynajmniej. Pomógł alkohol – przyznaję się bez bicia. Wcześniej praktycznie nie piłam. Teraz okazało się, że kilka piwek fantastycznie pomaga walczyć z nieśmiałością.

I co?

I było sobie kilka cudnych lat, może i trochę idealizowanych teraz.

Chociaż właściwie to było idealnie.

Kasy jakimś cudem na wszystko starczało (zwłaszcza że w klubach to panowie alkohol stawiali – trza wiedzieć jak się ustawić, hehe).

Było radio, były książki, był żużel, były znajomości, do których byłam tak zawsze „na przyczepkę”, ale i przyczepki mają swoją rolę we wszechświecie :-)

Był czas na wszystko. Również na to, żeby po prostu niespiesznie po Starówce połazikować. Albo po pobliskim parku. Na naukę też czas się znalazł, przecież jakoś udało mi się skonczyć studia w terminie ;-)

Biorąc pod uwagę dzisiejsze jakieś mocno popieprzone standardy, można powiedzieć że zmarnowałam te niespełna pięć lat. No bo przecież nie pracowałam (nie licząc jakichś tam wakacyjnych pierdółek), nie robiłam Bóg wie czego na studiach (owszem, był czas że zamierzałam zostać po studiach na uczelni, ale końcówkę studiów miałam tak parszywą, że chciałam tylko jak najszybciej skończyć tę gehennę i zmykać do Warszawy, gdzie przecież ukochany na mnie czekał, i nie był to Ktoś z Dawnych Czasów). Całe szczęście nikt mi nie powiedział wprost, że szukając pierwszej pracy w wieku AŻ 23 lat jestem na straconej pozycji (za to parę lat później usłyszała to moja siostrzenica, a jakże). Jak wiadomo, zajmuję się zawodowo czymś innym niż wynikałoby z zawodu wyuczonego – wyuczonego z minimalnym trudem, a maksymalnymi okołostudenckimi przyjemnościami – i tyle. Ale zawsze to fajnie się przyznać do prestiżowego kierunku, hłe hłe.

I męża przecież na studiach poznałam, a czyż nie po to się studiuje? :D Nie no, tak serio to mocny full moich koleżanek współstudiujących faktycznie tylko po męża na studia poszedł. Teraz to już chyba nie jest tak powszechne? A męża mam z internetowego czatu, w życiu byśmy na siebie „w realu” uwagi nie zwrócili, po prostu nie było szans – obracaliśmy się w całkiem innym towarzystwie, mieszkaliśmy w zwalczających się dzielnicach ;-) chodziliśmy do różnych klubów, no i last but not least zupełnie inne priorytety mieliśmy, chociaż fakt faktem że poznanie kogoś wówczas nie należało do priorytetów ani jego, ani moich ;-) No i on trzymał się z dala od studentek, a ja od nie-studentów… No bo przeciwieństwa się przyciągają, prawda? W każdym razie i tak „nasz wspólny” Toruń to ledwie niespełna cztery miesiące, po obniżce pensji do niespełna sześciuset zł musiał szukać szczęścia w Warszawie, czy znalazł to inna sprawa, w każdym razie dopiero po ponad roku byliśmy razem na co dzień… Ale te pierwsze miesiące razem bajkowe były. O ironio losu, pomimo że wcale tego faceta nie kochałam, nic a nic :-) Ale jego uczucie uwielbiałam, ot co. Do dziś wielbię :-)

Czasem myślę, co by było, gdybyśmy jednak w Toruniu zostali. Ale coraz rzadziej myślę.

Codzienność – wiadomo że niewesoła raczej – sprawiłaby zapewne, że Toruń byłby po prostu normalny.

A tak to jest „radością najpiękniejszych lat”, którą tak miło co rok odwiedzić, spotkać się ze znajomymi, wypić piwo tam gdzie zobaczyliśmy się z mężem po raz pierwszy…

Codzienność jest tutaj, w Żet. Z brzozami za oknem i kotą na poduszce. Z hardkorami w drodze do pracy i brakiem czasu na wszystko.

I naprawdę tak trudno mi uwierzyć, że studia skończyłam w kwietniu 2003. Kiedy to minęło?

 

Choruję sobie (po)koncertowo.

Czwarty dzień „bez serc, bez ducha”. Bez sił. I na antybiotyku oczywiście.

Nie mam pojęcia, jak na jutro doprowadzić się do stanu używalności. I użyteczności. W każdym razie do roboty muszę iść.

Wszelkie sugestie prozdrowotne mile widziane.